To ja zabiłem Davida Bowiego

– To ja zabiłem Davida Bowiego – powiedział do żony siedząc w kuchni przy stole i patrząc w okno. To był ten moment, kiedy tak bardzo chciało mu się palić, ale nie palił już od kilkunastu lat, więc po prostu popijał kawę i patrzył przez okno na kotkę, która chodziła powoli po podwórku jakby bez celu i szukała nie wiadomo czego. Wypuszczali kota coraz częściej, głównie dlatego, że przeszkadzał im smród kuwety, więc mieli nadzieję, że zwierzę będzie się załatwiało na zewnątrz. Nic z tego, kotka biegała po dworze, przekrzykiwała się z innymi kotami, po czym wracała jak gdyby nic do domu, uwalić sążnistą kupę w świeżo wyczyszczonej kuwecie. Inteligencja kotów jest znacznie przeceniona, uważał. Kot to zwykły egoista, niczego nie chce się nauczyć poprzez rozmowę z człowiekiem, jak choćby pies. Ba!, od samego kontaktu z czlowiekiem. Gdyby miał do czynienia z człowiekiem o charakterze kota, nie uważałby go za inteligentnego.
– Zjesz z ziemniakami czy z ryżem?
– Z ziemniakami. W ogóle mnie nie słuchasz.
– Słucham. „To ja zabiłem Davida Bowiego”. Tylko jestem zajęta przy garach i nie odpowiedziałam. Dlaczego go zabiłeś?
– Niedawno wyszedł jego nowy album, mówiłem Ci, że go słuchałem. No więc słuchałem go zaraz po premierze. Kilka razy. To nie najlepszy album. Też Ci mówiłem.
– Tak, pamiętam.
– No i napisałem recenzję na blogu. Bo ta płyta mimo że lepsza od poprzedniej, tej zwykłej, piosenkowej, takiej po prostu rockowej, to jednak wciąż nie to. Mało tam ognia. Kilka kawałków się wyróżnia, może max 3, ale to wszystko. Recenzja była dość krytyczna. Czytałaś?
– Nie, nie miałam kiedy.
– No tak, po co pytam. No i wiesz, Bowie pewnie też nie czytał. No ale nie żyje. I to zaraz po mojej recenzji. Może gdybym napisał, że to dobry album. Może by żył.
– Ale to średni album, tak?
– No tak.
– No to w czym problem?
– Umarł zaraz po mojej recenzji. Zabiłem go tą recenzją.

Kotka drapała w drzwi. Chciała żeby ją wpuścić. Czasem nie otwierał drzwi po prostu żeby pokazać kto tu rządzi, ale nie miało to przecież żadnego znaczenia. Przecież kotka nic sobie z tego nie robi. A może powinien tej płyty posłuchać jeszcze raz? No ale to przecież średnia płyta. Mimo całego konceptu, ukrytych znaczeń. Teraz już ta jedna płyta pozostanie jako ostatnia. I ta recenzja. Nie mógł już jej skasować. Co się stało, to się nie odstanie. Zabił Davida Bowiego.
– Jedz póki ciepłe.

Zaczął jeść, powoli.
– Nie odpowiedziałeś mi.
– Przecież odpowiedziałem.
– Nie pytałam jak go zabiłeś, tylko dlaczego.
– Nie podobał mi się jego ostatni album. Po prostu.
– Szkoda trochę.

.

Miał wtedy 10 lat. Jakaś kosmiczna rodzinna tragedia wybuchła chyba niewiele przed 19, w każdym razie efekt był taki, ze z domu należało wybiec w trakcie wieczorynki. Jak zwykle nikt nie chciał poczekać aż założy buty, matka wybiegła pierwsza, cała w łzach. To musiało być raczej poważne. Dobiegł jako ostatni. Ojciec już leżał. Matka biegała dookoła, głośno płacząc. Podszedł do ojca, który zdążył go tylko przytulić, ale on się bał. Był w tym jakiś irracjonalny strach. Właściwie to wiedział, ze to prawdopodobnie to ostatni raz kiedy widzi ojca żywego, ale bał się przytulać. Może dlatego, ze czuł, ze gdzieś tutaj czai się śmierć. Uciekł, wybiegł, położył się na trawie. Po chwili przyjechała karetka, potem krzyk matki „ojciec nie żyje!”, do domu, i do końca wieczoru z winyla non stop „Bema Pamięci Żałobny Rapsod” Niemena, aż w końcu gdzieś w nocy, nie wiadomo o której godzinie przyszła ciotka i wyłączyła. „Dość, idźcie już spać, dzieci”.

Trudno powiedzieć co działo sie w następnych dniach. Kostnica, ciało, matka zapłakana, nic nie jadła przez kilka dni, siostra zła. Cała rodzina sie zjechała, to był plus całej sytuacji. No i nie musiał chodzić do szkoły. Potem pogrzeb. Szedł razem z bratem stryjecznym tuż za trumną, „haha, źle napisali wiek, ojciec miał 38 a nie 39”. Do końca juz sie śmiali, we dwóch. Ktos próbował ich uspokoić, ale dał za wygraną. A potem trumna już w dole, matka oszalała całkiem, chciała skakać do grobu, nie było rozmowy, trzeba było ze trzech chłopa żeby ją zatrzymać. Babka, od strony ojca, to samo. Poszłyby obie z ojcem się zasypać. I ziemia na pudle. I koniec. Juz wiedział. Goście łaskawie sie rozeszli, a on patrzył jak jacyś ludzie, ponoć znajomi ojca, zasypywali grób.

Następny dzień i klepsydra gotowa. Zdjęcie ojca, wiek (prawidłowy), inne potrzebne informacje, a pod spodem… imię i nazwisko matki. Puste pola po „zm. dnia”. Rozejrzał sie po cmentarzu, kilka metrów dalej grób babki i dziadka, całkiem jeszcze pusty i jakby w budowie. Nie wiedział czemu, ale uznał, że to ważne mieć swój własny grób, skoro cała rodzina zamierza tu niedługo zamieszkać. „A gdzie moje imię i nazwisko? I siostry? Gdzie my będziemy leżeć?”

„Tobie nie trzeba jeszcze, ty będziesz żył dłużej”.
„Jak to?! Sam?”

Taus Melek, Shaitan i Jazydzi

Dziwna historia z tymi Jazydami. W Iraku dzieją sie teraz pojebane rzeczy. „Prawdziwi” muzułmani sie organizują, a za główną zwierzynę łowną wybrali sobie Jazydów. Wiem, wiem, kroją też i chrześcijan, robią egzekucje na niedobitkach irackiej Armii, ale Jazydów tępią jak muchy.

Oto bowiem Jazydzi uważani są przez muzułmanów (głownie Sunnitów, ale podejrzewam, że przez resztę też) za czcicieli szatana.

Religia Jazydów jest nieźle skomplikowana. Oto bóg tworzy nie tyle świat, co siedmiu aniołów. W pierwszy dzień, niedziele, tworzy Anioła Pawia, Archanioła o imieniu Taus Melek. Potem tworzy sześciu kolejnych, ale Taus to boss. Następnie te anioły na polecenia Boga tworzą ziemię. Ta trzęsie sie bardzo, nie wiedzieć czemu, w ogóle jest jakaś niestabilna. Bóg zsyła więc anioły na ziemie, żeby ja uspokoiły poprzez zabiegi kosmetyczne (fauna, flora). Oczywiście to sie udaje, potem anioły tworzą człowieka. Każdy anioł daje jakaś cześć, a to ręka, a to noga, nos, dupa itd., a super Taus daje finalne tchnienie czyli życie i duszę. Człowiek nazywa sie Adam. Bóg każe aniołom oddać cześć Adamowi bo to dzieło doskonałe, ale Taus mówi nie. Bóg zsyła więc Tausa do ogni piekielnych, ten płacze przez siedem tysięcy lat i te łzy gaszą ognie piekielne. Wtedy bóg przebacza i Taus wraca do domu swego, do Boga.

Taus w religii Jazydów jest kluczowy. Sami Jazydzi ponoć twierdzą, że prośba Boga o pokłon dla Adama była swego rodzaju testem osobowości dla Tausa. Takie tam niuanse. Podobno też inne imię Tausa to Shaitan. A takie imię nosi upadły anioł w islamie.

Tam z kolei historia w miarę podobna. Bóg tez prosi anioły żeby sie pokłoniły Adamowi, Shaitan odmawia i won do piekieł. Tyle, że on tam nie płacze. A że nie ma mocy sprawczej, cała jego czarna robota polega na szeptaniu. Szepcze on więc człowiekowi żeby zszedł na złą drogę. Taka jego rola. No ale Shaitan czyli zły zły zły.

Zadziwiająco podobne te losy, potem sie to wszystko rozjeżdża, ale sama istota tkwi w tym, ze dla fanatycznych wyznawców islamu, Taus Melek i Shaitan to ta sama osoba. A skoro Jazydzi czczą Tausa, to znaczy, że czczą złego. „Zdrowy rozsądek” w pełnej krasie. W związku z tym należy sie totalna eksterminacja.

W ogóle bardzo ciekawych rzeczy mozna sie dowiedzieć kiedy już zacznie sie szukać istoty tych wszystkich sporów.

Oto Religia. Najdurniejsza rzecz na tym świecie.

Sam And The Plants, folktronica i inne gówno

Ostatnio klepię non stop jeden album, który wynalazłem całkiem przypadkiem. Na twitterze coś o tym wspominał Andy Votel (go to wikipedia), konkretnie nie o płycie, ale o kapeli. Ja znalazłem „The Eft” i ożeszkurwajapierdole. Kojarzy mi się to z Dreamies Billa Holta, o którym juz na blogu było. Płyta leniwa, spokojna, snuje się, ładnie gra i śpiewa. Dużo przeszkadzajek, elektroniki plus akustyczna gitarka, delikatne melodie. Coś co lubię bardzo, a za co paręnaście lat temu bym się zbluzgał.

Przy okazji odkryłem tag muzyczny ‚folktronica’, o którym nie miałem pojęcia, a który zrzesza takie rzeczy jak choćby The Books, Matmos. No coś w tym jest. Niby szufladki złe, ale jakoś trzeba do słuchacza dotrzeć żeby muzykę sprzedać. Słuchamy teraz Sam And The Plants bo warto. Niezwykle miłe i przyjemne. Ach, jakie kojące. Szalenie.

Ewolucja móżdżku Pana Redaktora sportowego

Krzysztof Stanowski, redaktor portalu Weszło, dziennikarz sportowy. Pan redaktor jakiś czas temu wypalił na fejsbuku, że już ma 32 lata i jest w „wieku średnim”, więc teraz juz wie, że wojna była przecież tak niedawno. Wczoraj, prawda panie Krzysiu? Ten „wiek średni” i ta zadziwiająca mądrość, do której Pan Redaktor Krzysztof dochodził przez 32 lata, to jest dokładnie mądrość 8 letniego chłopca, który bawi sie w wojnę na podwórku. Oczywiście nikt nie chce byc Niemcem ani Ruskiem bo:

20140714-205553.jpg

wiedzą to wszystkie dzieci. I w ogóle ci źli Niemcy złodzieje i skurwysyny, w dodatku:

20140714-205706.jpg

Cóż, widać pan Redaktor Krzysztof zapewne nie wie co znajduje sie choćby British Museum, ale co tam. W Polsce wystarczy osiągnąć „wiek średni” i mądrość spływa na człowieka sama. Aha, i jeszcze spłodzić syna bo to daje mądrość taką, że mozna juz gadać co ślina na jezyk przyniesie. Możecie mi wierzyć na słowo.

Takich kwiatków u Pana Redaktora jest mnóstwo. Aż z ciekawości wszedłem na jego portal. Okazuje sie, ze pisze tam drugi niezwykle mądry redaktor, mianowicie Paweł Zarzeczny. Towarzystwo w istocie znakomite. Dwóch meneli spod spożywczaka. Bo futbol jest przecież po to, żeby żywić uprzedzenia. I jeszcze w te uprzedzenia brnąć z wiekiem. I jeszcze sie tym chwalić. Publicznie. Na poważnie. Kurwa, to jest jakieś przedszkole, a nie normalne media.

Religia. Polska.

Czy takie odniesienia do religii w muzyce jakie sa właśnie w Jerusalem In My Heart, Muslimgauze czy paru innych rzeczach w muzyce awangardowych bliskiego wschodu, to dla mnie są w jakiś sposób interesujące bo oderwane od zwykłego pojmowania islamu? Z drugiej strony czy takie dużo bardziej mistyczne podejście do religii katolickiej jest jakoś obecne w muzyce gdzieś w Polsce? Czy tylko łopatologiczne „Jezus jest panem, a żołnierze wyklęci są zajebiści”? Wiem, że Jacaszek nagrał swoje wersje pieśni religijnych co jest w pewnej mierze ewenementem, bo to muzyk alternatywny i raczej nieznany. Ale nie słuchałem. Czy jakiekolwiek religijne wątpliwości wyśpiewał jedynie Spięty na „Gospel” z Lao Che? Jest jeszcze szatanistyczny black metal, ale nikt tam nie rozumie co śpiewają. Trzeba czytać.

Tak dumam o niezwykle wyszukanych problemach bo wsród syryjskich, irańskich itd muzyków awangardowych jest sporo odniesień, sampli religijnych pieśni itp. Noale tam życie tym przesiąka non stop (co w sumie uważam za złe). W Polsce jednak religijne motywy w muzyce alternatywnej zupełnie chyba nie istnieją, przynajmniej sobie nie przypominam, no ale u nas religia to to, że Terlikowski pluje naokoło, a Muniek powie, że wierzy w Boga. A mnie to gówno obchodzi.

Folk, noise, miejski folk, co jest kurwa.

Blog powoli umiera więc teraz z czystym sumieniem moge wrzucać notki o kompletnie niszowych rzeczach. Za każdym razem jak znajdę jakiś niszowych album, mam ochotę pisać notkę, ale otwieram bloga i …po co?

Ale niech tam. Sa momenty, kiedy muzy słucha sie najlepiej. Ja tak mam, kiedy juz przeczytam bajkę dzieciom, ale nie moge wyjść z pokoju dopóki nie zasną (taka umowa), więc zakładam słuchawki. I w taki sposób znalazłem sobie Rabiha Beaini. Koleś normalnie robi jakieś elektro, które do mnie nie trafia, w dodatku pod pseudonimem (nie pamietam jakim, nie chce mi sie guglać, mam to w dupie, nikt nie czyta), ale pod nazwiskiem zrobił jeden album. Rewelacja. Jazz, noise, folk arabski. Jezu, piękne. Słuchałem i słuchałem. I po Rabihu, jak po nitkę do kłębka dotarłem do Jerusalem In My Heart. I znowu, arabski folk, tym razem juz nawet z wokalem, melodyjne granie, momentami jakieś dźwięki otoczenia. Ja nie umiem pisać o muzyce, więc sie w tym momencie zamknę.

Dodam tylko, ze taki arabski folk (w ogóle folk) pociąga mnie najbardziej, ale najlepiej jak jest zdekonstruowany, doprawiony najlepiej noisem, albo czymś na kształt muzyki konkretnej. Wtedy dla mnie najlepiej. Mógłbym słuchać i słuchać. Folk w ogóle ma w sobie coś, to tak jak nagrania np. Throbbing Gristle. Nigdy nie zrozumiałem czemu industrial lub nawet jakieś techno nie dostały etykiety „miejskiego folku”. Co to miejski folk wiadomo, albo raczej wiadomo co tak jest nazywane. Ale przecież to właśnie „maszyna” kojarzy sie z miastem najbardziej. Weźmy choćby cyber punk. Tam przecież miasto jest głównym środowiskiem. No a wyobrażamy sobie teraz takie miasto cyber punkowe i muzykę Kultu (miejski folk).

Dobra, na koniec jeszcze wspomnę Muslimgauze, bo te rzeczy co wymienilem powyżej to mi sie z Muslimgauze kojarzą. Jaka to muza wiadomo, a jak nie, to zawsze mozna zajrzeć do jakichś starych tekstów Rafała Księżyka na temat Bryna Jonesa właśnie. Wiem, wiem, teraz jest w modzie dissowanie jego pisania, ale bardzo mi przykro, ponieważ sie na jego słowach chowałem, więc.

Projekt Recenzja – Lux Occulta „Kołysanki”

Tym razem Szubrycht. Wcześniejsze dokonania Lux Occulty są mi całkiem nieznane, więc nie będę miał dla nowego albumu żadnego punktu odniesienia. I dobrze bo nawet nie zamierzam sięgać do starych nagrań. Ponoć straszą.

Na nowej płycie też nie jest wesolutko. Takie to kołysanki pogańskie dość, wiocha jakaś taka przygnębiona skoro sobie kołysanki o spalonych wioskach śpiewam, fiat karawanem i jeszcze coś po francusku tu i tam. Pewnie egzorcyzmy. Taka to zawartość.

Muzycznie dużo sampli, elektroniki, akordeo, trochę gitar. Szubrycht sobie recytuje, mruczy, gada, dwoi się i troi. Ostre gitary pojawiają się rzadko, ale jak już się pojawiają, to jestem na nie Samuel wraca do domu. To co mi jeszcze nie pasuje, to całe to mruczanko Szubrychta. Nie wiem jak on wcześniej śpiewał, ale tutaj nic nie udaje, nie sili się na nie wiadomo jakie brzmienia wokalu, tylko po prostu robi swoje. Brawa za brak kompleksów, ale jednak mi trochę to jego gadanie/śpiewanie uwiera. Wolę momenty kiedy pełno jest jakichś sampli czy to francuskiego gadania czy folkowych zaśpiewów.

W ogóle cały album jest utrzymany w klimacie folkowym. Teraz wraca moda na folk, co jest mi bardzo miłe sercu bo lubię folk. Folku jednak ciężko się słucha, szczególnie klasycznego, a tu proszę, mamy renesans, młodzi grają, starzy grają, a wszystko z elektroniką, szumami, noisami. No pięknie. Chwilo trwaj. W Lux Occulta podobnie, tylko tu niewiele noisu (no może początek Karawanem Fiat). Sporo za to elektroniki i akordeonu, co komponuje się świetnie.

Taka konkluzja mnie nachodzi, że Lux Occulta chyba osiągnęli co chcieli osiągnąć bo płyta stanowi pewną tajemnicę. Zaczynam słuchać, w pewnym momencie się nudzę, potem znowu zaczyna zaciekawiać, robi się misterna, aż wreszcie nie zauważam kiedy się kończy. Zupełnie jakbym włączał i w trakcie jej trwania zasypiał. Kołysanki. Koncept wyborny, wybornie zrealizowany. Aha, właśnie mi się przypomniało czemu mnie drażnią wokale Szubrychta. Bo mi czasem przypominają barwę głosy Glacy, kiedy pierdoli te swoje frazesy w Sweet Noise i innych projektach. Ale tylko troszkę przypomina. No ale cóż począć, jak już zaśniesz po kołysankach, to sen jest snem. łatwo nie zapanujesz. A w ogóle Karawanem Fiat to zajebisty kawałek.

Płyta fajna, można w ciemno słuchać. Przede wszystkim można słuchać wiele razy. Jest konkretny, jasny pomysł i solidne wykonanie. Ciekawy jestem czy to taki jednorazowy wybryk Lux Occulty i znowu zamilkną na lata, czy też może pociągną takie eksperymenty. Potencjał jest. Powinienem dać 7, ale dam

8/10

bo włączyłem sobie Karawanem Fiat. Specjalnie włączyłem. Żeby zawyżyć ocenę. Dobranoc Państwu.

Recenzja Bojadżijewa
Recenzja Wmichaela

Projekt Recenzja: Cynic – Kindly Bent To Free Us

Bojadżijew zarzucił Cynic. Prędzej czy później musiała się ta kapela pojawić, bo jak znam Bojadżijewa, to jej jakos tam fanuje chyba. W końcu to ponoć reformatorzy. Ze mną jest trochę inaczej, nie fanuję, a do tego boję się metalowych reformatorów. Boję się najbardziej progresji, która tak bardzo zawiera się w reformacji.

Metalu jakby mniej, ładnie grają śpiewają, a w openerze The Hallucination Speak to sobie chłopaki nawet bitlesowski zaśpiewy urządzają. Wtf? Byłem pewny, że bitlesowskie harmoniczne zaśpiewy są zarezerwowane dla mnie w Projekcie Recenzja. A jeszcze mnie zaskoczył Gitanjali bo tam z kolei gdyby te delikatne wokale zaśpiewali panowie chórkiem, to skojarzenia kierowałyby się nawet ku Beach Boys. No dobra, przesadziłem i to chyba sporo. Ale fajnie byłoby gdyby chórkiem. Choć i tak jest przyjemnie.

Pozozostałe kawałki zlewają mi się w jedno i nie do końca jestem w stanie je rozróżnić. Choć taki The Lion’s Roar też ma przyjemny refren (tak sobie teraz słucham). W ogóle wokal pana Paula Masvidala kogoś mi przypomina, ale za cholerę nie mogę sobie przypomnieć kogo. Jak tylko na to wpadnę, to napiszę w komentarzu. A tak w ogóle, to fantastycznie na tej płycie chodzi bas. Bardzo mi pasuje.

Dupy mi ten album nie urwał. Podejrzewam, że metalowa brać die hardów raczej wzgardzi. Nie wiem jak to wygląda, bo słynny Focus Cynica słuchałem baaardzo dawno temu i w ogóle nie pamiętam, ale tam bas chyba tak ładnie nie chodził (o czym kurwa jest to zdanie?!). Nie wiem czy wrócę do Focusa bo tam to chyba nawet jakiś jazz był (boję się), na Kindly Bent To Free Us z kolei nie uciekli od progresji. Ja gitarowej muzyki progresywnej raczej nie lubię, tak jakoś się złożyło. Zła płyta to nie jest, ale mojego serca nie zdobyła. No może z wyjątkiem basisty Seana Malone’a.

Ocena: 6/10

 

Recenzja Bojadżijewa
Recenzja Wmichaela

Projekt Recenzja: Adrian Belew – Side One

Adrian Belew to głos King Crimson. Dla mnie zawsze fantastyczny, szczególnie w macierzystej kapeli. Dodawał trochę ludzkiego wymiaru tej całej matematycznej i technicznej konstrukcji Frippa. Jakby robot miał w sobie duszę. Jakiś czas temu zacząłem się przekopywać przez jego solowe nagrania. Trochę tam tego napłodził, ale żadne jakieś białe kruki. No i Side One to idealna płyta, żeby przerwać milczenie na blogu i choć na chwilę odkurzyć Projekt recenzja.

Album trwa tylko 33 minuty, więc jest dobry do typowo rekreacyjnego posłuchania. Mamy sporo gości z czego najbardziej znane nazwiska to Danny Carey i oczywiście Les Clapool. O ile bębniarz jakoś specjalnie tej płyty nie pcha do przodu, o tyle lider Primusa klasycznie kradnie show. Gra w pierwszych trzech kawałkach płyty i gdyby nie gitary Belew, które też nie sposób pomylić, można by pomyśleć, że to solowe działania Claypoola.

Płyta sprawia wrażenia raczej spotkania i jamu kumpli niż jakieś solidnej zaplanowanej akcji, ale mogę się mylić, bo Side’ów jest cztery. Przed napisaniem tej recki miałem plany zrobić niebagatelny risercz, poczytać wywiady z Belew coż on tam sobie wykoncypował, jak te Side’y się łączą. No i klasycznie mi się odechciało.

Muzyka na płycie to taki miks różnych pomysłów, tu słychać jakby Crimsonów, tu jakby Primusa, ale przeważa wesołe kombinowanie. Czuć w tym jakiś oddech improwizacji, na pewno tak wyłaniały sie utwory. Żaden z nich nie wysuwa się na pierwszy plan.

Nie wiem czy ten album jest wart Projektu Recenzja, ma w sobie to coś, ale jego minus jest taki, że jednak się nudzi. Po kilku przesłuchaniach już nie bardzo miałem ochotę wracać i gdyby płyta nie była tak krótka, pewnie bym podchodził nawet z irytacją po każdym kolejnym razie. Ze wszystkich części, mi najbardziej podoba się Side Two. Sporo tam elektroniki, beatów, śpiewu, gitary, słowem, więcej zgrabnej, ładnej muzyki. Nie wiem dlaczego dałem do recki Side One. Pewnie dlatego, że krótka i dobre przetarcie, no i żeby jednak nie odstraszać elektroniką, której na Side Two nad wyraz dużo. No i Side Two dostałaby dziewiątkę. A przy Side One się waham, ale jednak dam:

7/10

Recenzja Bojadżijewa

Recenzja Wmichaela