„Włącz się, dostrój, odleć” – rock na haju

Narkotyki zrobiły dla nas wiele dobrego. Jeśli mi nie wierzycie, wyświadczcie mi przysługę – weźcie wszystkie swoje albumy, kasety, płyty i spalcie je, bo wiecie co? Muzycy, którzy stworzyli tą świetną muzykę upiększającą wasze życie przez lata byli baaaaardzo naćpani – Bill Hicks.

To słowa Billa Hicksa, amerykańskiego komika, który zmarł w 1994r. bynajmniej nie z powodu narkotyków. Bill Hicks został upamiętniony między innymi na albumie Tool – Aenima, bo fragment tej właśnie wypowiedzi znajduje się w utworze Third Eye. Nie sposób nie przyznać mu racji. Jak spojrzeć na historię popkultury, narkotyki pojawiają się wszędzie i praktycznie non stop. Historia opium jest prawie tak stara jak świat, opium stosowano już od dawien dawna, głównie by uśmierzyć ból, ale sekretne działanie opiumowych lekarstw w mig zaczęło zachęcać i uzależniać. Wszystkie dragi przeszły przecież przez okres legalności, heroinę na rynek wpuściła firma Bayer w 1899r. jako lek, który miał służyć narkomanom uzależnionym od kokainy, pomóc im wyrwać się z nałogu. Wzrost palaczy marihuany w USA notuje się od roku 1920 czyli wprowadzenia prohibicji na alkohol. Marihuanę zdelegalizowano w 1937r. Jednak największy wpływ na popkulturę miało chyba LSD i lata 60 – te.

Szczególnie można to zaobserwować w Stanach. Chyba każdy przyzna mi rację, że właśnie tam popkultura jest modelowa, właśnie tam jest jej wzorzec, niczym wzorzec metra w Sevres, czy czego tam jeszcze. Lata 50 – te to okres spokojny, rodzinny, delikatny. Muzyka rockowa, owszem, miała się dobrze, ale cóż to był za rock and roll. Jeszcze niewieści. Dopiero psychodeliczna rewolucja zmieniła to wszystko, szczególnie w muzyce. W latach 50 – tych narkotyki były raczej tematem tabu, propagandowe filmiki o tym jakie są złe i co się dzieje z człowiekiem po zażycie, były moim skromnym zdaniem, dość infantylne, mimo że muzyka w tych filmikach była w dechę. Choć w kwestii informacji i propagandy na temat narkotyków niewiele się zmieniło do dziś, szczerze powiedziawszy.

Kiedy The Beatles pojechali do Hamburga musieli grać po nocach w klubach, całą noc. To nie łatwo tak trzymać formę całą noc i co noc. Gdyby nie środki pobudzające, śmiem twierdzić, że mogliby nie dać rady. Jednak najciekawsza historia Beatlesów i narkotyków wiąże się z Bobem Dylanem. 1964r. hotel w Nowym Jorku, Beatlesi spotykają się z Dylanem, a ten częstuje ich trawką. Podobno Dylan nie miał pojęcia, że chłopaki robią to pierwszy raz, a to spotkanie zmieniło nie tylko Beatlesów, ale i całego rocka. Fab Four tak polubili trawkę, że ciągnie się ona za nimi przez całą karierę. Ciekawostka z tego spotkania jest jeszcze taka, że za każdym razem jak w pokoju Bitli dzwonił telefon, odbierał go Dylan i tak mówił do słuchawki:”Hello. This is beatlemania here”. Nie muszę chyba dodawać jaką salwą śmiechu musiało się to kończyć. Jest mnóstwo historii o Beatlesach i trawce (nie tylko), żeby wspomnieć jeszcze tylko historię z kręcenia filu Help!, kiedy chłopaki grali w curling i jeden z bohaterów zamiast obecnych tam kul, czy jak to, czym oni tam grają się zwie, puścił po lodzie bombę. Wtedy wszyscy mieli wiać, tak było w scenariuszu. Paul McCartney i George Harrison zaczęli biec co sił w nogach, biegli, biegli, aż dobiegli hen daleko do jakichś drzew, po czym beztrosko wypalili skręta i wrócili na plan. Taka oto sielanka panowała wśród Fab Four.

Paul McCartney tak ukochał marihuanę, że problemy miał z prawem niejednokrotnie. Siedział nawet w japońskim więzieniu, właśnie za posiadanie marihuany. Spędził tam tylko kilka dni, ale strachu pewnie się najadł. A Japończycy nakryli go na lotnisku, znajdując w jego torbie sporą porcje marychy. Było to w 1980r. czyli długo po spotkaniu z Bobem Dylanem. Dobrze, zostawmy już The Beatles, choć boleję, bo uwielbiam i wszelkie historie narkotykowe dotyczące liverpoolskiej kapeli setnie mnie bawią. Na koniec jeszcze cytat jeden Johna Lennona.

Rubber Soul was the pot album and Revolver the acid. (Rubber Soul był albumem trawkowym, a Revolver kwasowym).
No to teraz można sobie posłuchać.

Kiedy Albert Hoffman w 1943r. po dostaniu się niewielkiej ilości pochodnej sporyszu do jego organizmu doświadczył lekkich, ale żywych halucynacji, nasyconych kolorami, nawet nie miał pojęcia na jakie odkrycie wpadł i jakie to będzie miało znaczenia dla popkultury, a w szczególności muzyki rockowej. Od tamtej pory narkotyk (to się jeszcze tak nie nazywało) testowano w psychiatrii, a termin „psychodeliczny” ukuł na początku lat 50 – tych angielski psychiatra Humphrey Osmond. Psychiatrzy kombinowali z LSD ile mogli, kombinowało potem CIA, a w latach 50 – tych na te kombinacje załapał się Aldous Huxley. Wszyscy znamy Huxleya z książki Nowy Wspaniały Świat. Wcześniej eksperymentował z meskaliną, co opisał w książce Drzwi percepcji (The Doors of Perception). A tutaj pojawia nam się wpływ na jednego z kilku wielkich bohaterów rocka, a który bohaterem tym stał się w pewnej mierze dzięki dragom. Chodzi mi o Jima Morrisona, który nazwę zespołu The Doors zaczęrpnął właśnie z książki Huxleya. O Jimie Morrisonie można by długo, ale postać chyba dość znana, więc sobie daruję. To co chciałem powiedzieć, powiedziałem. LSD zaczęło wyciekać na ulice na początku lat 60 – tych.

Kolejnym bohaterem naszej opowieści będzie Ken Kesey. Pisarz ten był jednym z tych, na których testowano LSD. Pracował wcześniej w szpitalu psychiatrycznym, a na pomysł niemego narratora swojej powieści Lot nad Kukułczym Gniazdem wpadł, jak sam twierdził, będąc na kwasie. Kesey zasłynął jako pomysłodawca niejakich Merry Pranksters (Wesołych Figlarzy), czyli paczki znajomych wlokących się po Stanach autobusem pomalowanym w psychodeliczne wzory i kolory i biorących kwas praktycznie non stop. Ken Kesey organizował też spotkania znajomych, na których odbywały się tak zwane Acid Tests (Kwasowe Testy). Na czym to polegało łatwo się domyślić, a wracając do muzyki trzeba koniecznie dodać, że na tych spotkaniach często grywały kapele rockowe, a najbardziej znaną jest Grateful Dead. Zespół otoczony w Stanach estymą niemalże równą z Johnem Lennonem gdziekolwiek na świecie, u nas raczej dla koneserów. Nie wiem dlaczego. Wracając na chwilę do The Beatles, to jeśli mi ktoś powie, że ich Magical Mystery Tour nie jest nawiązaniem do Merry Pranksters, to ja jestem morsem.

LSD w tym momencie stało się stylem życia. Wszyscy ciągnęli do San Francisco bo tam była mekka psychodelicznej muzyki. Słynny występ Jimmy’ego Hendrixa na festiwalu Monterey wstrząsnął publiką, a Jimmy był podobno wtedy po dwóch dawkach LSD. Brali wtedy wszyscy. Turn on, tune in, drop out (Włącz się, dostrój, odleć) – to słowa Timothy’ego Leary, który zaangażował się w propagowanie LSD jak nikt inny. Jego historia też jest ciekawa. Stracił żonę, potem zaangażował się w kampanię na rzecz LSD, był kilkakrotnie aresztowany, raz zwiał z więzienia, umarł w 1996r. (bynajmniej nie z powodu narkotyków), a jego prochy zostały wystrzelone w kosmos. W latach 60 – tych można by wymieniać mnóstwo albumów nagranych na narkotykach, szczególnie LSD. Określenie rock psychodeliczny wzięło się właśnie z wpływów kwasu, z niczego innego. Grateful Dead, Jimmy Hendrix, The Doors, The Beatles, Janis Joplin, Love and many, many more. Jeśli weźmiemy jeszcze pod uwagę kolorystykę tamtych albumów, to nawet muzycy mogli nie ćpać, ale widać było tą psychodelię zewsząd. Skrzaty jakieś (Gong), kolorystyka (właściwie wszyscy), muzyka. Wszystko na modłę kwasową. Psychodeliczna rewolucja odcisnęła piętno na muzyce rockowej w sposób niesłychany. Czar hipisowskiego karnawału prysł wraz ze śmiercią Hendrixa, Janis Joplin i Jima Morrisona, oraz z zabójstwem dokonanym przez Charlesa Mansona, który przecież mieszkał wcześniej na Height Ashbury, czyli mekce hipisów w San Francisco. Kwiaty we włosach potargał wiatr.

LSD odegrało niesamowitą rolę w muzyce rockowej, chyba na niespotykaną dotąd skalę. Do niczego już nie można tego porównać. Potem była trawka, w latach 70 – tych przemycana wręcz wariacko z Ameryki Płd. Była heroina, od której uzależnieni byli różni znani muzyce, jak choćby Keith Richards, Eric Clapton, Charlie Parker, Chet Baker, Stan Getz, Billie Holiday, marihuanę palili Gene Krupa, Dizzie Gillespie, Louis Armstrong. Od hery mało nie przękręcili się John Frusciante, Anthony Kiedis. Wymieniać można długo.

Dodając do tego coraz to nowe mody, jak pojawienie się cracku i jego wpływ na muzykę hip – hopową, co słychać na przykład u Public Enemy, albo modę na rave. Skąd się to wzięło? Chodziło o tak zwane dance drugs, czyli substancje pobudzające, coś podobnego do naszych dopalaczy. Pochodne ketaminy, serotoniny, wszystko to zwane jako designer drugs (narkotyki projektowane), które oczywiście najpierw miały być wykorzystywane w psychiatrii, medycynie, ale lądowały jak zwykle na ulicy. Kultura rave zrodziła się w Anglii na bazie ecstasy, a co ciekawe wzdłuż autostrady M25, która była dumą rządu Margaret Thatcher. Obwieściła ona jej otwarcie, jednej z najdłuższych autostrad i tak dalej, a z czasem okazało się, że wzdłuż tejże powstają na potęgę kluby rave, bo łatwo dojechać. Przewrotne, co? Jednym z designer drugs był także preparat zwany PCP (fencyklidyna), a właściwie jej pochodna. Nazwa slangowa to na przykład Angel Dust, a płytę o takim tytule nagrał bardzo znany zespół rockowy przecież. Nie będę specjalnie wymieniał nazwy, bo kto ma wiedzieć wie, bo to łatwe, kto nie wie, niech gugluje.

Takich przykładów narkotycznych można w muzyce wymieniać na pęczki, a przypomnę, że nie ruszyliśmy prawie w ogóle kokainy, marihuanę pobieżnie, tak samo z heroiną, no mnóstwo tego. Dragi ciągną się za muzykami do dziś, muzycy ci najbardziej w rocku znani, siedzieli w pierdlach mnóstwo razy, może nie za długo, ale kraty od drugiej strony wąchali. Można powiedzieć, że bez dragów nie da się grać. Żarcik taki.

A na koniec garść refleksji. Od lat 50 – tych niewiele się właściwie zmieniło w kwestii legalności. Dragi powstają, bo rozwija się medycyna, ale jak tylko ktoś odkryje ich działanie pobudzające na mózg, w mig stają się nielegalne. Nie zamierzam oceniać czy słusznie, mdli mnie tylko, gdy słyszę ciągłą propagandę. Brak jest rzetelnych informacji co jest czym. Informacja na temat narkotyku kończy się zdaniem: dragi to syf. Ok, syf, ale czy to załatwia sprawę? Ludzie brali, biorą i brać będą, bez względu na to, czy kupią legalnie czy nie. Warto by wiedzieli trochę więcej. Bo narkotyki są złe wtedy, kiedy jest jakaś medialna kampania, kiedy dzieciak jeden z drugim umiera, albo walczy o życie w konwulsjach, bo przedobrzył. Medialna chryja się kończy, nawet nie ma informacji co z tymi dzieciakami, a życie toczy się dalej. Tak było z dopalaczami. Owszem, powodują one groźne uszkodzenie zdrowia, ale ja mam teraz pytanie: czy w związku z tym, że afera już się skończyła dzieciaki nie trafiają do szpitala po nadużyciu narkotyków albo alkoholu? Skoro media od kilku miesięcy takich przypadków nie nagłaśniają, to pewnie nie. Prawda? Problem jest idiotyczny, bo założę się, że dzień w dzień ktoś jest jedną nogą na tamtym świecie z powodu dragów albo wódy. Ja tego nie mogę zrozumieć. Bogiem a prawdą, to kto wie, że jedną z najczęstszych przyczyn zgonów w Wielkiej Brytanii po zażyciu ecstasy była zbyt duża podaż wody do organizmu? Bo przecież każdy kto bierze ecstasy się odwadnia, prawda? Gówno prawda. Albo kto wie, że nie istnieje śmiertelna dawka LSD? Że można sobie wziąć tego całe wiadro i się nie umrze, co najwyżej zeświruje? Albo że nie istnieje dawka śmiertelna marihuany? Mało kto zapewne, ale dopóki to jest na nielegalu, to nie ma winnych. Bo przecież odpowiadają za to ci, co i tak mają to w dupie, więc co nam po tych medialnych nagonkach raz na jakiś czas?

Reklamy

2 uwagi do wpisu “„Włącz się, dostrój, odleć” – rock na haju

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s