Jeden rower, a ile możliwości!

Syd jest dobry na wszystko. Dla mnie jest dobry, bo robi genialne wprowadzenie do notki. Dokładnie ten kawałek Bike. Syd nawet jak był duży to lubił sobie na rowerku pojeździć.

Tak samo na rowerku lubi jeździć Ralf Hutter, wiadomo, Kraftwerk. Kraftwerk to moja druga ulubiona kapela zaraz po The Beatles. Ale zaraz, wróć, ja mam ulubione kapele co chwila, więc może wycofam słowa, bo cholera wie, czy za chwilę drugą ulubioną nie będzie coś innego. Lider Kraftwerk na rowerze jeździ jednak trochę bardziej wyczynowo. Czy tak jeździł Barrett, tego nie wiem, Hutter natomiast jeździ od dawna.

Robiliśmy tak w latach 80 – tych: autobus wysadzał nas na trasie i ostatnie kilka godzin jechaliśmy na rowerach.

Mówi Hutter w wywiadzie dla Guardian. Kraftwerk na cześć największej rowerowej imprezy nagrał w 2003r. płytę Tour de France, osobiście uwielbiam, ale to wynika z paru zdań wcześniej. Płyta dość nowoczesna jak na Kraftwerk, ale pamiętajmy, że oni dość dawno nagrywali swoje największe dzieła, więc siłą rzeczy, tę starość elektroniki było słychać. Szczególnie jak się do muzyki Kraftwerk dotarło w XXI wieku. Więc kiedy oni nagrali płytę już w XXI w., to musieli się sami też unowocześnić, ale oczywiście w swoim stylu. Wyszło wybornie, jak zwykle.

No ale ja właściwie nie o tym. Bo mógłbym o Kraftwerk dłużej poprzynudzać, ale notkę planowałem o kim innym, a tu się rozrosło. Oto bowiem moi mili, właśnie w Polsce wydano książkę niejakiego Davida Byrne:

David Byrne to lider Talking Heads. Kapeli jakże odległej od Kraftwerk muzycznie, bo jak widać pasja łączy Byrne’a z Hutterem. O ile Ralf Hutter opowiadał o tym jak jeździli rowerkami będąc na trasie z zespołem w latach 80 – tych, tak Byrne złapał bakcyla rowerowego właśnie na początku tamtej dekady, czyli tuż tuż po wydarzeniach, które mnie zainteresowały najbardziej. Chodzi mi o premiery pewnych płyt. Jedna z nich to Remain in Light, czwarty w dyskografii album Talking Heads.

Zespół Talking Heads jest całkiem szeroko znany, ale mam podejrzenia, że dokładnie na tyle pobieżnie, na ile szeroko. Szlagierem jest niezapomniany Psycho Killer i przyznam, że ja też od tej piosenki zacząłem się zespołem interesować. Szlagier jest zaiste uroczy, bez dwóch zdań. Pochodzi z płyty 77. Potem były jeszcze albumy More Songs About Buildings and Food i Fear of Music i wtedy, w 1980r. przyszła na świat płyta Remain in Light. Cóż to za pyszna muzyka. Najciekawsze jest to, że na pierwsze przesłuchanie różni się znacznie od wcześniejszych albumów, ale wciąż słychać, że to Talking Heads. Słychać już afrykańską rytmikę, słychać transowe rytmy, melodie. Nie są to po prostu kolejne piosenki o budynkach i jedzeniu. Widać inny pomysł na muzykę na tej płycie. Producentem jest Brian Eno, który po produkcji dwóch wcześniejszych albumów Talking Heads chciał zrezygnować, ale po usłyszeniu prób zespołu i kierunku w jaki zespół chciał iść, zgodził się ochoczo na produkcję. Powstał niezwykły album. Gdyby inne nagrania Talking Heads były na podobnym poziomie co ta płyta, może ten właśnie zespół okupowałby moje drugie miejsce zaraz po banalnych Bitelsach. Z drugiej strony może to i lepiej, że tylko jedna jest aż tak pyszna płyta. Dzięki temu smakuje lepiej.

W trakcie prac nad płytą Remain in Light zaczyna się także wykluwać inne dzieło, w które zaangażowany jest David Byrne. To album My Life in Bush of Ghosts nagrany wraz z Brianem Eno. Album wydany w 1981r., a powstał poprzez zabawy taśmami. Czyli w skrócie jest to zwykły sampling. Byrne i Eno ponakładali na siebie różne ścieżki poczynając od podkładów rytmicznych (wziętych, a jakże, od afrykańskich muzyków), pod wpływem Feli Kutiego, podokładali do tego własne melodie. Na płycie nie śpiewa David Byrne. Wokaliści to różni telewizyjni i radiowi ewangeliści, których kazania są wplecione w muzykę, radiowi prezenterzy, Arabowie czytający Koran, egzorcysta podczas egzorcyzmów, słowem – duchy w buszu. Tytuł albumu zaczęrpnęli z książki pewnego Nigeryjczyka, Amosa Totuoli. Książka jest o pewnym 7 letnim chłopcu, któremu udaje się uciec handlarzom niewolników i trafia on do pewnego lasu, w którym nie można przebywać śmiertelnikom, ale on jeszcze tego nie wie. Las nazywa się właśnie Buszem Duchów i dalej można już sobie wyobrazić co się dzieje. Byrne i Eno trafili na książkę po nagraniu wszystkich utworów, więc nie inspirowali się książką, ale obaj stwierdzili, że pasuje jak ulał. Album jest po prostu jednym wielkim samplingiem, plądrofoniczną płytą, a plądrofonia to jest coś, co tygryski lubią najbardziej, dlatego tak bardzo mi się podoba. Warto także pamiętać, że wtedy sampling taki odbywał się ręcznie. Nie było takich sekwencerów jak dziś, więc taśmy się dopasowywało ręcznie.

Tych albumów trzeba posłuchać samemu, nie zamierzam pisać więcej cóż tam jest za muzyka, nie będę przyznawał jakichś gwiazdek ani nutek, muzyka ma wciągać i to wszystko. Te dwa albumy wciągnęły mnie głęboko. I pomyśleć, że zaczęło się od Syda Barretta, właściwie nawet nie od niego, tylko od myśli niewinnej, że muszę wreszcie wyciągnąć rower ze swojej piwnicy, ogarnąć i zacząć wreszcie kołować. Najwyższa pora.

Reklamy

7 uwag do wpisu “Jeden rower, a ile możliwości!

  1. Tak sobie myślę, że oprócz „Remain In Light” Talking Heads nagrali kilka dobrych płyt. „Remain…” należy do ich szczytowych osiągnięć, ale trudno jest pominąć milczeniem „Little Creatures” (świetne „Give Me Back My Name” czy „Road To Nowhere”), „Speaking In Tongues” czy fenomenalną koncertówkę „Stop Making Sense”. Poza tym David Byrne, oprócz wspomnianej w tekście płyty z Brianem Eno już nigdy nie powtórzył sukcesu artystycznego nagrań z Talking Heads.

  2. Od Little Creatures wolę wcześniejsze 3 albumy, szczerze mówiąc. Tylko, że ja bym z nich zrobił jedną silną pozycję, zamiast kilku, ale killery są na każdej. Masz rację, ja wcale nie twierdzę, że jest inaczej, po prostu Remain in Light wyrasta wysoko w moim rankingu, dlatego się nad nią rozpływam. Sam David trochę jest nudny, jego ostatni album z Brianem Eno jest taki jakiś milusi w negatywnym sensie. Zresztą, nie mogę przebrnąć nawet przez początek, bo mnie od razu irytuje. Miał swój czas. Eno też miał wtedy nosa co do przedsięwzięć artystycznych, bo wcześniej z krautrockowcami działał, potem Byrne, Bowie też przecież. To są fajne rzeczy.

  3. dawrwesztre,

    no i gdzie bez logowania, jak z logowaniem? przecież adres email trza podawać, nie?
    🙂

    dzisiaj jak na rano jechałam do roboty, to mi się już ci rowerzyści plątali między kołami, ten dzisiejszy miał przynajmniej ładny tyłek

    pozdrowienia

    • Ja mogę tę konieczność wpisywania mejla wyłączyć w opcjach, ale to wiesz, trzeba by było podanie napisać, potem ja musiałbym w ciągu 30 dni rozpatrzyć, i wtedy dopiero powziąć jakieś działania 😉

      No tyłek na rowerze to inaczej wygląda niż taki pieszy 😉

  4. zaraz widać, że Ty musisz w jakiejś dużej korporacji pracować albo w administracji rządowej:-)

    tyłek na rowerze przede wszystkim się wyrabia, także przesiadaj się, przesiadaj

    pozdrowienia:-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s