Projekt Recenzja: Decapitated – Carnival Is Forever

Miałem ostatnio okazję pogadać z pewnym fanem metalu, wiekowo przełom gimnazjum i liecum, długie włosy, glany i naszywki na katanie. Naszywki dwie: Motorhead i King Diamond. Nie omieszkałem zagaić rozmowy i od razu zacząłem od Kinga Diamonda. Motorhead to łatwizna, można odpuścić, Kingy to wyzwanie. Mam tę przyjemność, że znam Bojadżijewa osobiście, więc w moim przypadku nie sposób nie znać Kinga choćby pobieżnie. Od razu strzeliłem pytaniami o najnowsze płyty, pochwaliłem się znajomością płyty Voodoo (znajomością to za dużo powiedziane, ale na potrzeby dyskusji chciałem błysnąć, zresztą, moja znajomość tego albumu, jego konceptu, jest chyba większa, niż niejednego fana metalu), nie omieszkałem dorzucić paru uwag na temat Mercyful Fate. Urosłem trochę w oczach chłopaka, szacunek już miałem zapewniony, więc mogłem spokojnie przystąpić do ataku. Zapytałem o Decapitated. Chłopak powiedział, że zna, owszem, ale przycisnąłem. Zapytałem o dotychczasowe nagrania i o perypetie zespołu. Niewiele wiedział, więc już dobiłem pytając o najnowszy album Carnival Is Forever. Zero odzewu, gość rozłożył ręce. Trochę jeszcze pogadaliśmy o muzyce, ale ta krótka pogawędka dała mi powód do uciechy z drobnego faktu, że to nie ja, a młodzież boi się death metalu. Tyle tytułem wstępnej anegdoty.

Przyznam, że ja muzyki Decapitated nie znałem zupełnie. Wiedziałem o kapeli istnieniu, słyszałem o śmierci perkusisty, słyszałem, że zaczynali młodo, że siła polskiego death metalu i to wszystko. Odpaliłem. I słyszę szalejący riff The Knife, choć brzmienie gitary raczej death metalu nie zwiastuje. I wokal. Nie wiem jak to było na wcześniejszych płytach, ale jak słucham Carnival Is Forever, to przy odrobinie skupienia mogę zrozumieć co koleś śpiewa, a to już dużo. Death metal, to zas taki metal, w którym teksty są absolutnie nie do usłyszenia. Drugi na płycie United znów goni opętańczo. I to całkiem nieźle. O ile pierwszy utwór nie wiem czemu przywodził mi na myśl Fear Factory (serio), tak drugi goni już niemal harcorowo, a ja to bardzo lubię. Wokal jedynie przypomina mi, że obcuję z metalem. Nie czytałem zbyt wiele o tej płycie, ale gdzies mi się obiło o oczy, że ta płyta jest pogmatwana rytmicznie. Słuchając dwóch pierwszych kawałków zgłaszam weto. Może jest gęsto, ale rytmicznie raczej nie ma zbyt wielkiej żonglerki, po prostu szybciej wolniej. Ale teraz jak słucham, to muszę przyznać, że United wymiata, brawo. I jeszcze solo, przy samej sekcji, zawsze to lubiłem, a pamiętam takie zagrywki u Pantery, szczegónie na Far Beyond Driven, bo na tamtej płycie zauważyłem to dobitnie. Chyba, że mi się coś pojebało, bo dawno tego nie słuchałem, ale chyba nie. Na koniec utwór Decapitated trochę się rozjeżdża i traci tempo, pojawiają się jakieś sepulturowe dziwne wokale w tle, odzyskuje tempo i koniec. Wchodzimy w tytułowy. Delikatnie, miękko, ładną zagryweczką. Czekamy na czadzik, bo takie zagrywki eleganckie u kapel metalowych zawsze zwiastują czadzik, pytanie tylko czy na dwie stopki czy bardziej czołgiem mi wjedzie. Nic to, czekamy. I tu ciekawostka w utworze, bo perka goni stopą, a gitara zwalnia tempo. Być może o takim zagmatwaniu rytmicznym była mowa. Później już czyściutki, niemalże prosty riff i znowu rwana gitara. A ja przynajmniej odkryłem różnicę między takim metalem i hardcorem. Abstrahując od wokalu, to hardcore jednak częście kładzie akcenty na werbel, metal zaś na stopę. No i hardcore nie gęści tak rytmicznych partii, tylko łupie krótko, choć na ostatniej płycie Pro-Pain też mamy i growl i dwie stopki, więc kto wie co się bedzie dalej działo.Back to Decapitated – wokal. To chyba pozostałość po death metalu u Decapitated, bo growl ma się dobrze, nie za mocny całe szczęście, ale nie oszczędza. W połowie utworu tytułowego znowu majestatyczne zwolnienie, potem znowu łup w riff. Dla mnie na razie najnudniejszy fragment płyty, ale z odsieczą przychodzi mi Homo Sum, znów szybki riff. Solo w kawałku rozlazłe, tym razem z gitarą rytmicznąm w drugiej części kawałka już z samą sekcją. Dość długie tym razem. Zgrabnie, choć ja znowu mam skojarzenia z Fear Factory, chyba muszę posłuchać. Szósty A View from a Hole zaczyna się spokojnie, a mi ten początek przywodzi na myśl Vast Touched. Dość długo się chłopaki rozkręcają, wokal szeptany. Później już jest ostro po całości. Na uwagę zasługuje ostatni kawałek. ALe na krótką uwagę, bo to jest jakaś coda, nazywa się Silence i zbudowana jest z ładnych dźwięków gitary gdzieniegdzie poprzetykanych chyba basem. Gitara w sumie gra cały czas ten sam motyw, a utwór trwa ponad 4 minuty. Nie bardzo to rozumiem, szczerze mówiąc. To chyba swego rodzaju wyciszenie, tylko się zastanawiam czy aby na pewno potrzebne. Ja tej kody wysłuchałem tylko pierwsze dwa razy, potem już wyłączałem, bo niczym mnie nie zaskoczy, nic nowego nie odkryję, a ja jednak wyciszać się nie muszę. Nie wiem po co coś takiego na koniec, trochę mi to psuje ogólny pogląd na tę płytę.

A ogólny pogląd jest taki, że to jest bardzo mocny materiał. Nie tylko mocny jeśli chodzi o brzmienie, ale mocny kompozycyjnie. W teskty się nie wgłębiałem, ale te napisał Jarosław Szubrycht, więc poziom pewnie trzymają, nie wiem. Brzmieniowo to jest płyta nowoczesna. Cieszy, że Decapitated nie rozwiązał się po śmierci perkusisty, ale cieszy też, że nie okopał się w death metalu. Płyta nie zabija dźwiękiem, tylko przyjemnie go dawkuje, zważając na moc, to wszystko jest rozożone dobrze i nie męczy. Album też nie jest za długi, co jest idealną porcją takiego grania. Tylko ta nieszczęsna coda na końcu, ech…

Płyta solidna, obawiałem się gorszego materiału. Najważniejsze jest to, że jest to taki materiał, który pozostawia poczucie niedosytu po pierwszym przesłuchaniu, nie męczy, chce się do tej płyty wracać. I to jest na pewno duży plus. Minus jest taki, że z każdym kolejnym przesłuchaniem znalazłem momenty, które mnie trochę jednak drażniły w całości, te ładne zagrywki na jednej strunie, te wstawki. Dla kogoś, kto częściej obcuje z taką muzyką być może są to smaczki, mi się jawiły jako przeszkadzajki, w dosłownym sensie. I za te przeszkadajki (przynudzacze) obniżam ocenę do trzech i pół, gdyby nie to, byłaby czwórka. Dodam jeszcze, że ta płyta wbrew pozorom jest dość równa rytmicznie, ona jest po prostu zagęszczona, a to powoduje, że się jej świetnie słucha. Bo nie każdy jest Frippem i takie rytmiczne przekładańce nie zawsze dobrze służą, a u Decapitated jest to niesłychanie dobrze wyważone.

Ocena: 3,5/5

 

Recka Bojadżijewa

Recka Wmichaela

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Projekt Recenzja: Decapitated – Carnival Is Forever

  1. Jak do tej pory nasze odczucia są mniej więcej zbieżne. Ciekawe jak będzie przy recenzji mojej propozycji…

    A ta Pantera to faktycznie się nasuwa, chyba sobie wrzucę „Far Beyond Driven”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s