Cały ten grunge

Z okazji rocznicy Nevermind świat oszalał. Wszędzie grunge, wszyscy wspominają, wszyscy są grungowcami. Nie przeczę, z łezką w oku wspominam tamte czasy, to chyba ostatnia tak medialnie nagłośniona (a może stworzona) muzyczna rewolucja, przy której byłem obecny i którą obserwowałem. Pamiętam szaleństwo na punkcie Nirvany, pamiętam szaleństwo na punkcie Pearl Jam. Pamiętam, ale wspominam nie bardzo w pierwszej osobie. Byłem trochę obok, z racji tego, że grunge nie rozłożył mnie wtedy na łopatki. Pearl Jam nie lubiłem (no może Vitalogy, ale to już później), Nirvanę owszem, ale bez szaleństw, Alice jak najbardziej, ale Soundgarden już właściwie w ogóle. Nirvany wolałem Bleach, ale to właściwie bardziej na przekór. Owszem, ten brud, ten garaż mnie tam pociągał, ale lubiłem Bleach też trochę po to, żeby wkurzyć tych rozmodlonych do Kurta Nevermindowców. A ich było pełno, przyznajcie. Nawet po śmierci zaroiło się od koszulek o treści: “Kurt Cobain 1967 – 1994” co akurat mnie trochę zniesmaczało, ale niech im tam.

Kurt był dobrym kumplem Buzza z The Melvins. Buzz nawet chciał przechrzić swoją kapelę na Kurt Kobain, kiedy jako Melvins nie mogli nagrywać płyt ze względu na kontrakt z wytwórnią. To było gdzieś tak circa 1994r. Melvins to zresztą kapela, która złożyła niezłe podwaliny pod nurt grunge, czasem nawet ktoś o tym wspomni. Ciekawe jest też to, że teraz pisząc o Nevermind często pojawiają się opinie, że Butch Vig, legendarny producent, zepsuł brzmienie tej płyty, przekombinował i trzeba było poprawiać mnóstwo. Może i tak, ale jednak płyta ma status kultowej, więc chyba nie ma o co drzeć kopii.

 Teraz osobista wstawka: oto kiedy królował grunge, ja nie dość, że byłem obok, to jeszcze rok po Nevermind, czyli wciąż na fali tego krążka, dostałem swoją audio biblię, czyli album, na punkcie którego zwariowałem, a który nie miał nic wspólnego z grungem. To Foul Taste Of Freedom Pro-Pain. To jest płyta z początku lat 90 – tych, do której mogę podejść na klęczkach. Żadne Nevermind tego nie zmieni. Mimo, że lubiłem. Pro-Pain jednak mnie pozamiatało. Koniec.

Reklamy

14 uwag do wpisu “Cały ten grunge

  1. Dopiero po śmierci Kurta o Nirvanie zrobiło się naprawdę głośno. Ale o Nirvanie, nie o grunge’u.

    Cobain był nawet sprzętowym czy tam roadie Melvinsów, z tego co czytałem (chociaż może to plota). Ej, dziś rano w łóżku z pół godziny zachodziłem w głowę, jak zmienili nazwę Melvinowie właśnie wtedy. Wiem, że S…, ale kurde;(

    Butch Vig lubił zabawy w studio, przy okazji pracy z The Smashing Pumpkins mówił, że zajebiście go zajarało jak Corgan okazał się takim samym fetyszystą brzmienia i pielęgnacji dźwięku co on. Dlatego właśnie (o czym wspomnę :]) ich albumy są praktycznie kryształowo czyste. U Nirvany pewnie też chciał to wprowadzić (kasę na nagrywanie „Nevermind” mieli niewątpliwie) i to faktycznie, mogło trochę popsuć całość, bo jak sami uznaliśmy, tylko na „Bleach” brud był naturalny.

  2. Melvins zmienili nazwę na Snivlem. Wspak się zrobili, ot co 🙂 Genialne w swojej prostocie.

    No włąśnie o Bleach doszliśmy do konsensusu, bo jednak Butch wypolerował (chyba, że to nie on) brzmienie. Wyszło jak wyszło, ale konia z rzędem temu, kto jest w stanie powiedzieć, czy Nevermind zyskałoby status kultowy gdyby nie Butch Vig.

  3. Jak kupiłem kiedyś składaka wytwórni Amphetamine Reptile, to tam był kawałek Snivlem, instrumentalny. Słucham i myślę: „co za chujowa kapela, grają jak Melvins i jeszcze nikt nie śpiewa”. 😀

  4. tak dla mnie to grunge muzacznie nigdy nie było – poza ciuchami i slackerską pozą
    sentyment oczywiście jest 🙂
    Nirvana mi robiła, po czasie najbardziej Bleach i In Utero.
    Ale ja już wtedy w Sonicach siedziałem, wiec schyłek mnie minął 🙂

    • Hardcore swoje 5c minut to właściwie miał nawet wcześniej, Bad Brains, Black Flag, Minor Threat itd., ale ja się załapałem na drugą i trzecią falę i to mnie powaliło. To było mocne, cios w pysk, do tego melodyjne prawie jak grunge, tyle że pełne żaru. Grunge był taki rozmemłany. Taki emocjonalny, mnie to troche odpychało.

  5. Och grunge… Mam straszny sentyment do tego nurtu, gdyż gdy stawał się popularny byłem właśnie w liceum. Muzyka, którą już wtedy lubiłem, czyli heavy i thrash powstawała wcześniej. Popularność grunge i nowojorskiego hardcore’a tworzyła się na moich oczach. Między innymi dzięki wspomnianemu MTV.

    Największe wrażenie w tamtych czasach zrobiły na mnie trzy płyty. „Ten” Pearl Jam, „Dirt” Alice In Chains i „Badmotorfinger” Soundgarden. Nirvana niby była ok, ale nie stanowiła dla mnie numeru 1.

    Z Pearl Jamem mam problem. O ile debiut jest moim zdaniem zmiatający i oparł się probie czasu, to późniejsze dokonania nie są takie dobre. Jak wyszło „VS” kupiłem sobie kasetę i byłem rozczarowany. Po pierwszym przesłuchaniu podobała mi się tylko ballada „Indifference”. Z czasem polubiłem te nagrania. „Vitalogy” było super, ale to ostania ich płyta, którą lubię w całości. Z późniejszych dokonań trafiają do mnie pojedyncze utwory.

    Alice In Chains… Genialne „Dirt”, świetny debiut, dziwne, choć fascynujące „Jar Of Flies”. I płyta z pieskiem na okładce za którą nie przepadam. Ale to zespół, którego słuchanie wywoływało u mnie ciary na plecach. Zresztą do tej pory „Down In The Hole”, „Angry Chair”, „Junkhead” to absolutne mistrzostwo świata. Świetna płyta Mad Season, szkoda, że tylko jedna.

    Pierwsze uderzenie Soundgarden to był kawałek „Outshined” z „Badmotorfinger”. Ten riff mnie zmiarzdżył, nie mogłem spać po nocach, bo wciąż go słyszałem. „Louder Than Love” i późniejsze „Superunknown” to też były strzały w dziesiątkę. Tak samo jak płyta Temple Of The Dog, do której dotarłem dość późno.

    Dodałbym debiut Mother Love Bone. Szkoda, że dragi niszczą takie kapele.

    Z Nirvany najbardziej lubię „Nevermind”. Świetne kawałki, melodyjne i z czadem, bardzo dobra, moim zdaniem, produkcja Butcha Viga. „Bleach” już wtedy wydawał mi się za toporny, choć są tam fajne utwory. „In Utero” za bardzo udziwnione (Albini na siłe chciał by było „brudne” brzmienie), ale „Rape Me” to mistrzostwo świata.

    Do Melvinsów dotarłem dopiero pod koniec lat 90-tych i to dzięki Pattonowi (Fantomas i udział Osbourne’a w tymże projekcie), więc nie trafiają na listę grunge’owych fascynacji. choć to genialna kapela.

  6. He, wyczerpałeś temat;) Trochę mamy wszyscy wspólnego bo byliśmy chyba w podobnym wieku, jednak ten grunge zamiatał obok nas. Ja jednak tego zachwytu nad „Ten”Pearl Jamu nie podzielam. Wciąż nie lubię tej płyty, a znam ją dobrze, z racji towarzystwa, w którym się wtedy obracałem, dane mi było jej wysłuchać setki razy 😀 Ja już bardziej tego nurtu nie zgłębiałem, nie znam całych płyt Temple of The Dog, czy Green River czy co tam jeszcze. Soundgarden też przeszedł obok mnie. Ja wtedy wpadłem w sidła Amphetamine Reptile, Alternative Tentacles, często też łącznikiem był Steve ALbini, p[roducent In Utero. Zresztą, AMphetamine Reptile miało w katalogu sporo kapel, które albo w grunge’uy zaczynały, albo miały sporo wspólnego, albo był ten garażowy brud. To mnie wtedy zaczęło jarać, a tego nie było w MTV. Muszę się wreszcie zmusić do notki o tym, bo chodzi za mną ta muza.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s