Projekt Recenzja: T-Bone Burnett – True False Identity

 Od razu zaznaczę, że wybrałem ten album z premedytacją. Odkryłem go dla siebie jakieś  dwa lata temu i od tamtej pory wyrwać się nie mogę. Specjalnie wyznaczyłem T-Bone’a do recenzji, bo jakoś cholernie mało o tej płycie gdziekolwiek. W polskim necie to już w ogóle ciężko uświadczyć choćby kilku słów. Zaczynajmy.

T-Bone Burnett to głównie producent. Pochodzi z USA, zasłynął choćby ścieżką dźwiękową do Bracie Gdzie Jesteś?. Uwielbiam ten soundtrack, a wykonanie piosenki Man Of Constant Sorrow przez fikcyjny Soggy Bottom Boys, to dla mnie mistrzostwo. Burnett dość dużo podróżuje po Stanach i wyszukuje starych amerykańskich songów, coś jak Harry Smith, koleś od Antologii Muzyki Amerykańskiej.

True False Identity to jego autorska płyta. Kilka ich nagrał, ta pochodzi z 2006r. i jak na razie jest jego ostatnim autorskim materiałem. Osadzona raczej w bluesie choć z posmakiem folku i country, niesamowicie brzmiąca. Już pierwszy Zombieland kołysze dźwiękami niczym z Toma Waitsa, tyle że wokal T-Bone’a jest zdecydowanie mniej chrypkowaty. Świetne otwarcie płyty. Później jest już bardziej rasowo. Drugi Palestine Texas ma dość dziwny, jakby wręcz samlowany riff gitarowy, potem pojawia się niesamowita brudna solówka na gitarze. Następnie dużo szybszy, ale też zdecydowanie gitarowy Seven Times Hotter Than Fire. Czwarty z kolei There Would Be Hell To Pay, który z powodzeniem mógłby się znaleźć choćby w filmie Davida Lyncha, przynajmniej ja to tak odbieram.Warto jeszcze zwrócic uwagę na I’m Going In A Long Journey Never To Return, klasyczny hicior, spokojnie mógłby sobie lecieć w radiu, choć nie wiem czy w Polsce by chwycił, bo jednak zajeżdża country i to zdrowo. Choć z tego co się orientuję, country u nas ma wielu zwolenników. Muszę jeszcze wspomnieć o Hollywood Mecca Of The Movies, utwór z Markiem Ribotem na gitarze akustycznej. Ja uwielbiam Ribota słuchać jak pędzi na akustyku, to co on wyprawia z gitarą przechodzi ludzkie pojęcie. W tym kawałku jego gitarka jest wiodąca, wokół jego gry jest zbudowany cały utwór, do tego konga i śpiew (bardziej melodeklamacja) T-Bone’a i jest błogo. Tym bardziej, że potem Ribot się rozkręca. Miód na moje uszy.

Album podzielony jest na dwie części po sześć utworów. Pierwsza, zatytułowana „Art of the state” jest bardziej brudna, rasowa, bluesowa, więcej tam country, jest dosadniej. Druga pod tytułem „Poems of the evening” jest dużo bardziej spokojna, więcej tam sekcji, kontrabas, konga, marc Ribot i dużo spokojniejsze dźwięki na gitarze. Albumu słucha się wybornie. Cenię sobie T-Bone Burnetta niezmiernie za ten album. Jest pełen luzu, niewymuszonej muzyki, która niby jest ulotna, ale naprawdę trudno się od niej uwolnić, ponieważ taka maestria dźwięków jakie się na tej płycie pojawiają działa jak magnes. Z każdym przesłuchaniem zauważam, że w ogóle się nie nudzi, zupełnie jakbym słuchał pierwszy raz. Ta płyta spokojnie mogłaby być soundtrackiem do jakiegokolwiek amerykańskiego filmu, braci Coen czy kogo tam chcecie i jeszcze pretendować do Oskara, bo działa niemalże jak narkotyk. T-Bone jest producentem i słychać, że wszystko jest tam na miejscu. Produkcja nieskazitelna.

Jedna rzecz tylko mnie zastanawia. Ten album – w ogóle T-Bone Burnett – jest niezbyt znany. Mało kto wie o jego istnieniu, mało kto w ogóle zna jego muzykę. Piszę to z pełną premedytacją, choć wiem, że takie stwierdzenia są często czczą gadaniną (sam odkrył i teraz się chwali), ale ja naprawdę dobrych dwa lata temu szukałem na temat tego albumu jakichś wieści. Niewiele. Amerykański rynek pełen jest niesamowitych producentów, którzy schowani są za parawanem znanych bądź mniej znanych gwiazd, muzyków sesyjnych (Marc Ribot). Wszyscy oni siedzą sobie w studiach, dłubią niesamowite dźwięki i w ogóle nie czują wielkiej potrzeby w robieniu oszałamiającej kariery. Jednym z nich jest T-Bone Burnett, facet z takim wyczuciem muzyki, że mnie powalił na kolana. Ciekawe jak innych.

Ocena; 5/5

Recenzja Bojadzijewa

Recenzja Wmichaela

Reklamy

10 uwag do wpisu “Projekt Recenzja: T-Bone Burnett – True False Identity

    • Nie wszystko indie takie chooyowe 😉 Taki Modest Mouse to całkiem całkiem. Ale fakt, że jarają się rzeczami, nad którymi zachwytu nie zrozumiem już chyba nigdy. I takich rzeczy jest duża większość.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s