Projekt Recenzja: Machine Head – Unto the Locust

Oj dawno nie słuchałem Machine Head. Pamiętam Burn My Eyes, bo kto nie pamięta, pamiętam Burning Red, bo kto nie pamięta jak wtedy wyglądał Rob Flynn. Ale potem już nic. Coś słuchałem, ale nie przywiązywałem do tego uwagi. Oddaliłem się.

Ochoczo przystąpiłem więc do Unto the Locust. I co? Zaczyna się jakimś kościółkowym zaśpiewem o świętej krwi. Potem jazda, szybciutko, ostro i o tym, że dzisiaj jestem piekłem. W pierwszym kawałku klasyczny Rob Flynn, ten wokal rozpoznaję. Drugi Be Still and Know to już jakiś żarcik chyba. Co to za stadionowy refren? I jeszcze te solówki, ech… Potem w miarę melodyjny Locust, a następnie wracamy do jakichś dziwnych kawałków, w których pełno odwołań do starego heavy metalu. Serio. Co to kurwa, jakiś Manowar? Jeszcze te kawałki zaczynają się od jakichś akustycznych pitu pitu. W ostatnim kawałku słyszę wyraźnie sabbathowski riff. Czyli płyta osadzona w klimatach starego heavy metalu. Dużo odwołań, dużo piłowania na jednej strunie, już widzę jak chłopaki sie prężą, najlepiej w białych adidasach i jest git. Ech, Rob, kurwa, co ty robisz?

Tak mniej więcej powinna brzmieć ta recenzja gdybym poprzestał na zaledwie jednym pobieżnym przesłuchaniu, bo takie odczucia po tym odsłuchu miałem.

Całe szczęście nie mam w zwyczaju słuchać niczego po jednym razie, ale myślę, że ta powyższa recka świetnie nadawałaby się do jakiegoś niezal portalu. Teraz wróćmy do meritum, czyli cóż tam faktycznie na tej płycie.

Zaczyna się od I Am Hell (Sonata in C#). Kawałek składa się z trzech części, ta pierwsza to właśnie jakies kosciółkowe zaśpiewy o Sangre Sani. Potem wchodzi już Machine Head. Wchodzi z pełna mocą, kawałek się rozwija wybornie, a to co dzieje się mniej więcej w 4:45 to jest dla mnie miód na uszy. W skrócie: takie jednostrunowe riffy, ni to riff, ni solówka, do tego bębny tłuką raczej po hardcorowemu, he można rzec: Iron Maiden meets Pro-Pain i to wychodzi zajebiście! Dla mnie bomba. Potem solówka w klasycznym metalowym stylu. Trzecia część utworu wolniejsza i to co mnie wkurza, to że kończy się wyciszeniem. Nie lubię, ale to jeden z tych riffów, który pewnie chłopaki mogliby grać w nieskończoność. Drugi na płycie Be Still and Know to zapewne koncertowy hicior. Znowu te jednostrunowe riffy, szczególnie na początku, potem znowu Rob ze swoim wokalem miażdży. A potem refren. Taki refren jak w tym kawałku to ze świecą. Trochę dziwny tekst, bo o tym, że wolność, że słoneczko, że zmierzch przełamie najciemniejszą noc itd. Ale niech tam. Grunt, że to kolejny killer, solo znowu do hardcorowej rytmiki, w to mi graj. Nie ma zbyt dużo blastów, za to werbel jak za starych lat. Szybko i na temat. No i na jednej strunie, ale za to jak pięknie. Locust to chyba największy hicior, zaczyna się trochę Toolowo, ale tylko na chwilę. No i znowu niesamowicie melodyjny refren, ale już nie tak stadionowy jak w poprzednim kawałku. Czwarty This Is The End zaczyna się delikatnie, akustycznie, potem znowu szybkość. W Darness Within jest w ogóle bardzo grungowy początek, też spokojny, ale potem wracamy do Machine Head. Trochę mi ten utwór mniej podchodzi, choć też jest świetny, ale wydaje mi się najbardziej oczywisty. Ostatni kawałek zaczyna się za to jakimś śpiewem dzieci, a jak wiadomo śpiew dzieci zawsze kieruje skojarzenia do Floydów. Tutaj raczej to mylny trop. Kończy się za to smykami i wtedy dopiero słychać, że ta melodia to bardzo wzruszająca i chwytliwa jest. To tylko potwierdza to co mówię od dawna, że jakby odrzeć metal ze swojej „agresywnej” otoczki, to zostanę bardzo zgrabne utwory. Ale mało kto jest to w stanie dostrzec.

Ogólnie to jest świetna płyta. Przesłuchałem jej do tej pory chyba z 7 razy i wciąż nie mam dość. Słychać, że mnóstwo tu odwołań do klasycznego heavy metalu, ja tu słyszę i Iron Maiden i Judas Priest i Black Sabbath, ale ogólnie jest to rzeźnia brzmieniowa, bo pięknie układa się w słuchawkach. Mi te odwołania nie przeszkadzają w ogóle, bo słychać, że na tym albumie chłopaki świetnie się bawią grając taką muzykę. Wszystko jest tu na swoim miejscu. Najbardziej podobają mi się te jednostrunowe piłowańce, do tego totalnie hardcorowa rytmika, normalnie delektuję się tym bez umiaru. A nigdy takiego piłowania nie lubiłem. Ten album to musi być wyborna uczta dla fanów metalu i Machine Head, skoro dla mnie to była uczta. Nie myślałem, że to o płycie metalowej kapeli kiedyś jeszcze powiem, z taką buńczuczną pewnością i tonem nie znoszącym sprzeciwu, ale jest to jedna z najlepszych płyt jakich ostatnio słuchałem w ogóle.

Ocena: 4,5/5

Recenzja Bojadżijewa

Recenzja Wmichaela

Reklamy

5 uwag do wpisu “Projekt Recenzja: Machine Head – Unto the Locust

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s