Projekt Recenzja: Coroner – Grin

Już sama okładka patrzy na nas lekko złowieszczo, ale zarazem z prześmiewczym uśmiechem. To ponoć thrash metal, ale nijak tego nie widać z samej okładki, choć może się mylę. Grin to 1993r. Zaczyna się od plemiennych, lekko tribal jakby zagrywek. Coś jak didgeridoo. Ta plemienność trochę przywodzi mi na myśl eksperymenty Sepultury i aż sobie sprawdziełem daty. Oto Kaiowas formacji Cavalerów pojawił się na Chaos AD, data premiery to 2 września, Grin Coronera zaś to 10 września, obie 1993r. Podobne ciągoty mieli Szwajcarzy i Brazylijczycy. Oprócz pierwszego utworu, podobnie jest jeszcze w Theme for SilenceThe Lethargic Age właściwą jazdę. Ten kawałek właściwie ma konstrukcję spokojnie podchodząca pod thrash metal, gdyby nie. No właśnie. Gdyby nie co? Bo porównać to z jakąkolwiek kapelą thrash metalową, to wychodzi, że coś tu nie gra. Bębny grają dość hipnotycznie, ale prosto i nie naginają tempa do granic wytrzymałości. Trzeci Internal Conflicts zaczyna się od jakichś wsamplowanych głosów, mało tego, ale ja lubię niezmiernie (fetysz), potem mocno przesterowany wokal, kojarzący mi się z dość awangardowymi kapelami (God Is LSD, Israelvis). To trochę taki przester, w jaki poszedł Gary Meskil z Pro-Pain na Truth Hurts, z tym że Coroner idealnie wyważył proporcje. W przeciwieństwie do Meskila. Kawałek dobry, dość pomieszany, cholera, tu o thrashu to chyba dopiero solówka przypomina. Caveat (To the Coming) zaczyna się dość delikatna gitarą, jakieś głosy sielankowe w tle, potem dopiero utwór łapie swój właściwy ciężki oddech, ale to też raczej na zasadzie riffu. Bardziej jego konstrukcji niż ciężaru. Dalej jest Serpent Moves mój ulubiony. Końcówka tego utworu jest wyborna. Riffy przeplataja się w boską plątaninkę, tyle że wszystko płynie i jest bardzo swobodnie. Można się bujać, machac głową, wciąga. A to właściwie polega na tym, że jeden wraca po drugim.

Warto jeszcze wspomnieć o Host, ostatnim kawałku na albumie. Dziwny utwór, bas szyje jak w Jesus Lizard, wokal przypomina mi Henry’ego Rollinsa i w tle jakieś zaśpiewy damskie. W trakcie utworu włącza się ciekawy motyw elektro, bojadżijew wie, że ja takie pierdułki kocham i od razu się wciągnąłem. Potem dochodzi do tego solo, a potem jeszcze jakieś delikatne granie na gitarze. Ten utwór świetnie podsumowuje płytę, dopełnia jej koncepcji, która… No właśnie.

Ten album trochę nie mieści się w historii ciężkiej muzy właśnie dlatego, że kapela istniała jako thrash metalowcy, a tu nagle bum! posłuchajcie tego! Okazuje się, że Szwedzi mieli mnóstwo do powiedzenia, a płyta nadal brzmi świeżo. Jedyne do czego ja sam bym się przyczepił, to tego brzmienia wokalu, bo momentami jest za bardzo „z brzucha”, ale takie to były czasy. Sama muzyka broni się do dziś i nie mieści się kompletnie w żadnych kategoriach, tagach itd.

Próbowałem jakoś tę recenzję skupić na samej muzyce, oderwać ją od tej otoczki, która towarzyszy tej płycie, ale chyba poległem, bo wydaje mi się to niemożliwe. Inaczej, to jest możliwe, ale ja nie umiem słuchac bez otoczki. Ale tę przybliży zapewne Bojadżijew, a Wmichael wyjaśni więcej na temat samej kapeli. Ja daję

Ocena: 4/5

z racji tego, że powinienem tej płyty przesłuchać w latach 90 – tych, wtedy ocena byłaby minimum 4,5/5.

Recenzja Wmichaela

Recenzja Bojadżijewa

Reklamy

7 uwag do wpisu “Projekt Recenzja: Coroner – Grin

  1. „Girls” był najbardziej przebojowy, można było nucić, że hej! A poza tym drapieżne „C.M.C.”, „From Sucker To Sucker”, pojechane „Trippin’ and Fucking the World” i na koniec, wręcz punkowa „Hyena”. Miłe wspomnienia. Aż poszukam kasety w szufladzie 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s