Projekt Recenzja: Kate Bush – 50 Words for Snow

Pięćdziesiąt słów określających śnieg. Nie wiem czy to tak prosto wymyślić, a już na pewno nie tak łatwo wyśpiewać. Ta płyta sobie z tym radzi, ale od początku nasuwa się skojarzenie, że jest to zimowy album. Ale chyba taki miał być.

Już pierwszy Snowflake to opowieść, gdzie Kate śpiewa z pozycji właśnie płatka śniegu. I raczej nie pozostawia złudzeń jaka to będzie płyta. Długi, prawie 10 – minutowy utwór, ale nie nudzi. Drugi Lake Tahoe to z kolei jeszcze dłuższa, ponad 11 – minutowa opowieść, gdzie pojawia się pies o imieniu … Snowflake. Kolejny itwór, Misty to jeszcze dłuższa opowieść. I taka jest pierwsza część płyty. Pierwsza część być może na wyrost, ale ja to sobie tak podzieliłem, bo to są trzy długie, dość melancholijne utwory. Bynajmniej nie nudne, sztampowe, ale poprzez swoją długość wymuszające dość specyficzny, zadumany nastrój.

Dopiero czwarty Wildman wprowadza trochę ożywienia. Ten utwór jest akurat singlem, więc była możliwość usłyszenia go tu i ówdzie, ale wydaje mi się, że różni się on od reszty albumu. I potem przychodzi utwór, który dla mnie stanowi najciekawszą część płyty. To dialog dwojga kochanków, w którym Kate śpiewa z Eltonem Johnem. Ach, cóż za duet! Fantastyczna piosenka, fantastycznie się tego słucha, fantastyczny tekst. Potem jeszcze przedostatni tytułowy utwór, to duet ze Stephenem Fry’em (who the fuck is Stephen Fry, i dlaczego Kate nazywa go „Joe”?), w którym to utworze Kate Bush po prostu odlicza, a Stephen Fry wymienia synonimy słowa śnieg. Urocze, ale już nie aż tak jak utwór poprzedni. Ostatni utwór, który z każdym przesłuchaniem znika z mojej pamięci (nie wiem czemu), to delikatne zakończenie albumu.

Całość jawi się jako płyta zimowa, spokojna, spójna tekstowo, ale wymagająca pod względem lirycznym. Kojarzy mi się trochę z taką świąteczną płytą, tyle że nie ma tam pustych dzwonków i innych tego typu „jingle bellsów”, tylko stricte zimowy materiał, który świetnie będzie współgrał z zimową, śniegową aurą za oknem, tyle że tej jakby brakuje. Nie szkodzi to jednak płycie wcale, bo ta ma tak wciągającą aurę, że spokojnie można się obyć bez śniegowej otoczki, możecie mi wierzyć.

Ja do tej płyty wracać raczej nie będę, bo mnie nie pociągają już takie delikatne, liryczne i nostalgiczne klimaty, ale innej oceny dać nie mogę, bo po prostu ta muzyka na inną nie zasługuje. To jest naprawdę świetny album, na wysokim poziomie, a fani Kate Bush pewnie tupią nóżkami z radości. A Elton John to w ogóle wymiata. W życiu nie myślałem, że coś takiego kiedyś napiszę.

Ocena: 4,5/5

Recenzja Wmichaela

Recenzja Bojadżijewa (soon)

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Projekt Recenzja: Kate Bush – 50 Words for Snow

  1. trzeba chyba lubić Kate żeby się delektować. Dobry album, ale nie moje klimaty, już trochę odzwyczaiłem się od ładnie śpiewających pań. Czekam ewentualnie na album Fiony Apple.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s