Gilbert & Lewis

Miał być długi tekst. Och, ach, ojej długi rzetelny tekst. Miał być i pewnie nie będzie. Bo właściwie po co komu długi tekst? Żeby przeczytać pierwszy akapit, poscrollować dalej i przeczytać końcowy? Nie, chyba mi się nie chce. Ale chce mi się o pewnej rzeczy napisać, bo mnie trochę już to nadyma, sobie postanowiłem, a jak sobie, to wiadomo, muszę się wywiązać.

No więc była sobie kiedyś taka kapela Wire. Właściwie wciąż jest, sobie płytki jeszcze wydają, ale nie znam nagrań teraźniejszych. Znam za to nagrania z przeszłości i lubię, ach lubię. A lubić powinni też i inni, bo w końcu sam Pitchfork im dychę za debiut wystawił. To jest wyborna muza, sprowadzenie idei punkowej formy do samej esencji. Cud miód. I żeby się zbędnie nie rozwodzić (bo mi się właśnie odechciało rozwodzić), to powiem, że w Wire na gitarze grał Bruce Gilbert, a na basie Edvard Graham Lewis. Panowie bardzo się chyba lubili, bo sporo razem zrobili poza szyldem Wire. I tu jest właśnie pies pogrzebany, bo Gilbert i Lewis byli trochę poza estetyka punka. O ile Colin Newman (wokalista) nagrywając swoje solowe rzeczy nie byl zbyt odległy od formy piosenki, o tyle Gilbert i Lewis eksperymentowali ile się tylko dało.

Ich album 3R4 sygnowany jeszcze jako Gilbert & Lewis to spora dawka elektronicznej, syntezatorowej, taśmowej eksperymentalnej jazdy, czasem trudnej do wytrzymania. Potem założyli duet Dome. O mój boże, o mój boże, jakie to piękne, jakie to zajebiste. Pierwsze cztery albumy to lata 80 – te, to słychać, ale to co się tam dzieje jest nie do opisania. Jest jeszcze album z 1999r. pod nazwą Yclept, w którym po prostu się zanurzam. Dome miał swoje dość ciekawe rozwinięcie. Panowie Gilbert i Lewis poznali Daniela Millera, który miał już swoją wytwórnię Mute Records, był menago Depeche Mode, ale tak mu się podobały ich nagrania, że założyli razem projekt. Nazwali ten projekt Duet Emmo (choć było ich trzech), ale to był anagram od słów Mute i Dome. Mniej na tej płycie eksperymentów jesli idzie o instrumentarium. Jest po prostu syntezator, do tego czasem głos Lewisa. Piękna płyta. Minimal synth w pełnej krasie. Nie jakieś tam Depeche Mode, bo Duet Emmo nie w tych kategoriach należy rozpatrywać.

Mógłbym jeszcze długo wymieniać projekty obu panów, ale wystarczy sobie zerknąć na rateyourmusic choćby, tam czarno na białym. Jeśli ktoś ma ochotę, to polecam szczególnie projekt Hox, który Edvard Graham Lewis współtworzy z niejakim Andreasem Karperyd’em.

Niesamowite są rzeczy nagrywane przez gitarzystę i basistę Wire. Dużo fajniejsze, a na pewno bardziej wymagające, od ich macierzystego zespołu. Znacznie ciekawsze (o ile o mnie chodzi). A najciekawsze jest to, że z punka potrafi wyjść coś z zupełnie innej beczki. Z samego punka blisko przecież do industrialu, do eksperymentu z formą, do eksperymentu w ogóle. Jeśli chodzi o formę, punk jest dość skostniały, ale jeśli chodzi o ideę, znaleźć go można w wielu muzycznych nurtach. I tu jest koniec tej notki.

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Gilbert & Lewis

  1. Bardzo trafny ostatni akapit. Pomijając fakt, że cały wpis jest interesujący. By rozwinąć myśl – artyści poszukujący potrafili wyzwolić się z ram punkowej formy. Najbardziej znany przykład to Lydon i jego PIL, gdzie tworzył praktycznie to co chciał. Od punka, przez jakieś dziwne formy zahaczające o industrial do eksperymentów z estetyką pop. No i współpraca z Lasswellem, podobno dla Lydona niezbyt satysfakcjonująca, choć ja akurat uwielbiam „Cassette/Album/Compact Disc”.

    W sumie Biafra próbował z różnymi muzykami stworzyć odmienne formalnie rzeczy. Choćby Lard z Jourgensenem z Ministry. Projekty z No Means No i DOA też wymykały się szufladkom. No i jeszcze genialne Tumor Circus, hardcorowe arcydzieło, chyba przebijające muzycznie Dead Kennedys.

    Teraz nieco ironicznie, w nawiązaniu do Twoich ostatnich wpisów – Adamski też przekraczał granice punku. Tyle, że pod jednym szyldem.

  2. choć ja akurat uwielbiam „Cassette/Album/Compact Disc”

    Nie znam tego albumu, dzięki za namiar.

    Akurat Biafrę bym pod to nie podpinał. Z prostego powodu, on nie tyle eksperymentował, co po prostu wybierał muzyków z innej estetyki. Muzyka Lard właściwie niewiele się różni od Ministry, poza wokalem, Tumor Circus podobnie. NMN i DOA tak samo, tam Biafra przychodził zaśpiewać. U Melvinsów też podobnie, tylko Melvinsi mu poszli na rękę bardzo.

    Można znaleźć parę takich kapel co ekperymentowały po swoim punkowaniu, choćby Flux of Pink Indians, o których wzmiankowałem parę wpisów temu. Poszli potem trochę w industrial, a troche nawet w jakieś world music (uproszczenie).

    Adamski ze swoją Siekierą to świetny przykład. Gdzieś nawet czytałem, że jego koncerty ma otwierać Michał Żebrowski. Ciekawe czy to prawda.

  3. [PIL[

    Chodzi mi dokładnie o to wydawnictwo http://en.wikipedia.org/wiki/Album_%28Public_Image_Ltd_album%29

    Bardzo fajny motyw z nazwą. Na kasecie wydano pod nazwą „Cassette”, na winylu jako „Album”, wznowienie na cd wyszło jako „Compact Disc”. Dzięki utworowi „Rise”, który zobaczyłem w „120 Minutes” poznałem tę kapelę. Co wyrobiło mi pogląd dość nietrafny jeżeli chodzi o ich muzykę. Później nadrobiłem zaległości. Uważam, że to genialny zespół, tak przy okazji.

    [Biafra]

    Wiesz, przeczytałem Twoje słowa, później swój komentarz i muszę przyznać Ci rację.

    [Siekiera + Żebrowski]

    #załamka

    Hmm… Mam dodatkową propozycję – wspólna trasa koncertowa w następującym składzie – Anna Maria Jopek+Siekiera+Bayer Full+ Żebrowski czytający poezje Miłosza

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s