Projekt Recenzja: Flapjack – Keep Your Heads Down

Lata 90. Cóż to były za czasy. Ja wtedy młody słuchacz uległem modzie na hardcore. Byłem fanem Pro – Pain, Biohazard, Sick of It All i innych tego typu kapel. Szerokie spodnie, sportowe buty (najlepiej vansy), za duże t-shirty. I wtedy na polskiej scenie ukazuje się Flapjack ze swoim Ruthless Kick. Czyli Polacy też mogą i to tak, że niewiele się odróżniają od prawdziwego amerykańskiego nurtu. Dużo w tym było wtedy Litzy, bo to on dusił się na polskim poletku i co raz zerkał co tam na świecie. Ja wtedy przecierałem oczy ze zdumienia. Mniej więcej w tym samym czasie pojawił się Dynamind, a ich How To Get Your Band Noticed to płyta, do której wracam do dziś. A wtedy byłem po prostu na kolanach. Taki to był czas. Czas minął.

Jest rok 2012 i Flapjack wypuszcza nowy album. Wdzięczny jestem Wmichaelowi, że to zadał do Projektu, bo możliwe, że płyta przeszła mi bokiem, ale całe szczęście mamy ten Projekt i to tak, jakby kumpel wpadł z płytą na chatę. Jak za lat 90. Pamiętam, że Flapjack od laaaaaat zapowiadał ten album. Zapowiadał go tak długo, że zdążyłem się przestać już tą kapelą interesować. No i odpalam. Oczywiście źle czynię od samego początku, bo zakładam powrót do hardcore’a. Liczę na to, że będą chłopaki łoić jak kiedyś, a Dawrweszte będzie uchachany. No i co?

No i zaczyna się takim ciągniętym riffem, trochę mi to przywodzi na myśl Linkin Park. Szybko jednak robi się Biohazardowo, i w to mi graj! W refrenie trochę siada fajność, ale wokal wymiata. Drugi Party Never Ends to klasyka w wydaniu Guzika. Czyli leniwy wokal we zwrotce, lekko schowany. Do tego delikatne plamy na gitarze. Głowa się sama kiwa, potem refren, znowu Biohazardowy, z jakimś popikiwaniem elektronicznym nawet. I potem robi mi się już trochę nudno. Bo oto chłopaki uciekają od hardcore’a. To jest kierunek bardziej metalowy, choć bez ekstremy. BTV z tym swoim zaśpiewem refrenowym jest lekko numetalowy. Myślałem, że ten otwierający płytę riff to taka zmyła, a to niestety to powraca. I to mnie uwiera. Choć riff się w tym kawałku rozkręca, do tego ciekawa solówka. To coś bardziej w stylu Juicy Planet Earth. False Flag Operation to kawałek stylizowany na dość pokręcony, ale to tylko taka poza. Otwiera się lekko mathmetalowo, ale potem wraca hardcorowy spiew we zwrotce, schowana gitara, ale niestety jest to mało nośne. Dead End to w ogóle delikates. Leciutka zwrotka, melodyjny refren. Nie wiem, nie podążam. A potem jebut! W In a Structure śpiewa Rafał „Hau” Mirocha z Dynamind i chyba maczał palce w muzyce tego kawałka. Ja pierdolę! To jest to na co czekałem! Utwór położył mnie na kolana jak w 1994 płyty obu polskich kapel hardcorowych. Leżę i kwiczę z radości. Jest tu wszystko co w hardcorze być powinno. Dobra, skończył się, lećmy dalej.

The Ballad of Frankie Pots to kolejna porcja rasowego hardcore’a, trochę z jajem, z klaskaniem w refrenie. ALe czad taki, że trudno usiedzieć. Dobrze, podoba się mnie. Szybko, czadowo, hardcorowo, z jajem. Yogo to zgrywa. Kolesie po prostu sobie krzyknęli „yogo” pizgając przy tym na bębnach i gitarze. Nombre: Odio to utwór po hiszpańsku. Trochę mi się kojarzy z Molotovem, ale to głównie przez język. Molotov w latach 90 to była całkiem popularna kapela, jednak nie tak ostra. Tutaj Flapjack daje czadu, kawałek brzmi trochę jakby wyszedł z palców Litzy, ale Litzy tutaj niestety nie ma. Black Leather Couch to taki trochę rozlazły czad. Taki hardcore, ale koleś śpiewa, jakby najebany Layne Staley. No i oczywiście chórkowy refren. Tylko znowu mało chwytliwy. Czy ja znowu słyszę coś po hiszpańsku? W następnym Feud znów słyszymy Miroche z Dynamind, ale to już nie ta skoczność. Choć refren nawiązuje do starych dobrych lat, jednak zwiewność nie ta. Dobre, ale nie powala. Blackmail to całkiem fajny kawałek, bardzo grungowy, w klimacie ALice In Chains, bardzo przyjemny. Choć trochę przekombinowany. Tu z kolei refren ciągnie kawałek niesamowicie. Dalej mamy Quicksand i właściwie powtórkę z rozrywki. Tylko, że delikatniej. Potem kawałek się zaostrza, ale niestety mi się znów kojarzy z numetalem. Cóż począć. Choć więcej w tym grunge’u. I ostatni na albumie, Reborn. Tu mamy ślady wokalu nieżyjącego już Olassa. Jest metalowo, jest czadowo, jest riffowo. Trochę nie dla mnie, closer w tym wypadku mi nie podchodzi i zostaję z takim małym rozczarowaniem na koniec.

Czas na podsumowanie. Dobrze, że Flapjack nagrał tę płytę, bo przyjemnie się tego słucha po latach, choć wrażenie robi już nie takie. Kiedyś pewnie bym ten album łyknął bez zapojki, dziś już entuzjazm mniejszy. Ale okazało się, że napisałem taką reckę, jakich w sumie nie lubię, bo opisuję kawałek po kawałku, ale to pewnie dlatego, że hardcore to moja miłość młodzieńcza. Słuchałem tej płyty kilka razy i muszę przyznać, że nie najlepiej mi wchodzi całość. Najchętniej bym się katował non stop In a Structure bo już dawno nie słuchałem tak zajebistego kawałka. Mam ochotę znowu włączyć sobie Dynamind, mimo że słuchałem parę miesięcy temu. Album całkiem udany, a ja zastanawiam się, jak te kawałki powstawały. Bo mam wrażenie, że jest to efekt kilku, może kilkunastu lat zbierania pomysłów. To nie jest płyta w jednym tempie wbrew pozorom. Tu się sporo dzieje, ale tego na pierwszy rzut ucha nie słychać. Ocenę daję

3,5/5

i to głównie ze względu na In a Structure The Ballad of Frankie Pots. Jakby ta płyta była cała w takich klimatach, to musiałbym pewnie dać piątkę, ale jak już wspomniałem, ja źle do płyty podszedłem. Bo z oczekiwaniami, a tych się nigdy nie da spełnić.

Recenzja Wmichaela
Recenzja Bojadżijewa

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Projekt Recenzja: Flapjack – Keep Your Heads Down

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s