Projekt Recenzja: Jon Spencer Blues Explosion – Meat + Bone

Spencera swego czasu uwielbiałem. Było to ładnych paręnaście lat temu, a kapela Jon Spencer Blues Explosion ostatecznie rozłożyła mnie na łopatki albumem „Acme”. Do tej pory ta płyta stoi u mnie baaaaaardzo wysoko. Uwielbiałem także „Extra Width” i „Mo’ Width”. Potem się na Spencera obraziłem. Do dziś nie wiem dlaczego, ale to były czasy, kiedy do muzyki podchodziłem dość ideologicznie, emocjonalnie itd. Wystarczył jakiś jeden aspekt i artysta na długo przepadał w osobistym rankingu. Nie mam zielonego pojęcia co zraziło mnie do Spencera. Może Boss Hog, który w gruncie rzeczy ma do zaproponowania niewiele ciekawego, może kolaboracja z Dub Narcotic Sounsystem, a najprawdopodobniej album „Plastic Fang”, który wydawał mi się wtedy bardzo piosenkowy. Zdrada! Nie pamiętam ile w tym prawdy, bo „Plastic Fang” to 2002r., a teraz jeszcze go nie odświeżyłem. Ale spokojnie, odświeżam niedługo, bo już nadchodzi kolej.

Przejdźmy do teraźniejszości, czyli albumu „Meat + Bone”. To 2012 rok, a Spencer już pozwolił o swojej macierzystej kapeli trochę zapomnieć, bo przed tą płytą milczeli 8 lat. Podszedłem do tej płyty bardziej z ciekawości niż z pasją. A tu stary dobry Spencer, wciąż potrafi zaskoczyć witalnością. Wedle starej maksymy Jona z Talk About The Blues

I don’t play no blues
I play rock and roll 

trio rzeźbi swoje piosenki, które bluesem nie są, ale nie są też rockiem. Ta płyyta to pełna energia, to jazda niemalże punkowa. Zresztą, biorąc pod uwagę przeszłość Jona Spencera w Pussy Galore, to nie dziwi. Jak pierwszy raz włączałem „Meat + Bone” byłem pewny, że usłyszę lekkieg, bluesowo – rockowe piosenki, że Spencer zdziadzieje, i że znudzi mnie do reszty. Byłem pewny, że po awangardowym podejściu do bluesa, do rocka nic nie pozostało. A tu niespodzianka na całej linii. Tak dokładnie zagranej, przemyślanej płyty się nie spodziewałem. Spencer krzywi tego bluesa, miesza to z rockiem, z punkiem po staremu, ale z takim kopem, że aż nóżka sama tupie. A najfajniejsze jest chyba to, że w tym całym graniu słychać Nowy Jork. Cała historia awangardy, tego luzackiego grania, tego olewania schematów, grania po swojemu.

USA w ogóle mają pod tym względem przewagę, bo weźmy na tapetę to, co u nas popularne. Mają Black Keys, które w Polsce przeżywa teraz większą chwałę niż Muse, a którym brzmienie z garażu wydobył Danger Mouse, mamy Jack White, który brzmienie z garażu wydobył sobie sam. Pierwsi aranżują coraz bardziej popowo, rockowo, mainstreamowo. Jack White z kolei idzie w country. To wszystko się broni. Spencera z kolei z garażu wyjął Steve Albini, tyle że Albini gwiazdorem poza Stanami chyba nie jest, a jego brzmienie szorstkie jak papier ścierny. Ale nie znam popularności Jona Spencera w Stanach, a zmierzam do tego, że wśród wszystkich wymienionych nazwisk jedna rzecz jest wspólna: czerpanie ze źródeł amerykańskiej muzy i przerabianie jej na własną modłę. Każdy po swojemu, a ile w tym ognia!

Mam coś pisać o tej płycie? Nie no, bez sensu. Tego trzeba posłuchać, bo to rozwala łeb. Trio grzeje od pierwszego do ostatniego kawałka. Nawet jak jest spokojniej, to jakoś tak jakby pod prąd. Nie wiem jak to opisać. Przecież ja nie umiem pisać o muzyce. Ale jak patrzę na mordę Spencera, to widzę, że dla niego pewnie jeden dzień bez gitary, to jak dla ćpuna tydzień bez dragów.

Ocena: 4,5/5

Recenzja Wmichaela
Recenzja Bojadżijewa

 

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Projekt Recenzja: Jon Spencer Blues Explosion – Meat + Bone

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s