Muzyka w filmie

Chyba każdy kojarzy tę melodię. Najbardziej wyświechtany song ever. Jednocześnie powalający. Kronos Quartet zagrał muzykę Clinta Mansella koncertowo (wow). Możesz sobie ten motyw podłożyć pod co chcesz, nawet pod naszych piłkarzy, będziesz miał ckliwą historyjkę upadku, bądź powstania z popiołów. Cokolwiek. Miłość, nędza, nienawiść, wojna, rozpacz, nadzieja itd.

Akurat taki motyw w filmie to bogactwo, ja bardzo lubię Clinta Mansella, szczególnie jego muzykę do Requiem dla snu Źródła. Ale jest jedna rzecz w filmach, która ostatnio mi działa na nerwy. To muzyczne efekty dźwiękowe, takie na zasadzie śmiechu z puszki. Na przykład w horrorach, kiedy ktoś nagle otwiera oczy, to musi pierdolnąć jakiś nagły i obłędny akord. Albo jak bohater siedzi nad brzegiem Dunaju i myśli o utraconej miłości. No wtedy można włączyć łzawą melodię. I tak dalej, i tym podobne. Pokażcie mi film, w którym takie emocjonalne huśtawki są pokazane wyłącznie obrazem. Pamiętam, że muzyki nie było w filmie To nie jest kraj dla starych ludzi, ale właściwie to nie jestem tego taki stuprocentowo pewny, więc musiałbym obejrzeć ten film kolejny raz. A w całej reszcie kinematografii, to mi muzyka dokładnie mówi, co mam teraz czuć. Bo inaczej to bym jeszcze filmu nie zrozumiał i zamiast rozpaczy czułbym ulgę. Albo rozpacz zamiast  podniosłego patriotycznego uniesienia.

Reklamy

Czasy się zmieniają, ale Pani zawsze jest w komisjach

Must Be The MusicMust Be The Music, Polsat, 2011

—————————-

Rok 1985, (…). Myśleliśmy, że nas nie zaproszą po tym wszystkim, ale okazało się, że możemy jechać na koncert „Rock w Opolu”. Przed koncertem, oczywiście na alkoholu, mówię do naszego gitarzysty Janka Knorowskiego, dziś to malarz i profesor ASP, żeby zrobił mi odjechaną koszulkę. Chciałem grać w marynarce, nagle ją zdjąć i pokazać jury – w skład którego wchodziła między innymi Kora – jakiś obrazoburczy napis.

Muniek Staszczyk w wywiadzie dla Newsweek 18/2011 8.05.11

————————————————————————————

—————>!!  KLIK KLIK  !! <—————

Jeden rower, a ile możliwości!

Syd jest dobry na wszystko. Dla mnie jest dobry, bo robi genialne wprowadzenie do notki. Dokładnie ten kawałek Bike. Syd nawet jak był duży to lubił sobie na rowerku pojeździć.

Tak samo na rowerku lubi jeździć Ralf Hutter, wiadomo, Kraftwerk. Kraftwerk to moja druga ulubiona kapela zaraz po The Beatles. Ale zaraz, wróć, ja mam ulubione kapele co chwila, więc może wycofam słowa, bo cholera wie, czy za chwilę drugą ulubioną nie będzie coś innego. Lider Kraftwerk na rowerze jeździ jednak trochę bardziej wyczynowo. Czy tak jeździł Barrett, tego nie wiem, Hutter natomiast jeździ od dawna.

Robiliśmy tak w latach 80 – tych: autobus wysadzał nas na trasie i ostatnie kilka godzin jechaliśmy na rowerach.

Mówi Hutter w wywiadzie dla Guardian. Kraftwerk na cześć największej rowerowej imprezy nagrał w 2003r. płytę Tour de France, osobiście uwielbiam, ale to wynika z paru zdań wcześniej. Płyta dość nowoczesna jak na Kraftwerk, ale pamiętajmy, że oni dość dawno nagrywali swoje największe dzieła, więc siłą rzeczy, tę starość elektroniki było słychać. Szczególnie jak się do muzyki Kraftwerk dotarło w XXI wieku. Więc kiedy oni nagrali płytę już w XXI w., to musieli się sami też unowocześnić, ale oczywiście w swoim stylu. Wyszło wybornie, jak zwykle.

No ale ja właściwie nie o tym. Bo mógłbym o Kraftwerk dłużej poprzynudzać, ale notkę planowałem o kim innym, a tu się rozrosło. Oto bowiem moi mili, właśnie w Polsce wydano książkę niejakiego Davida Byrne:

David Byrne to lider Talking Heads. Kapeli jakże odległej od Kraftwerk muzycznie, bo jak widać pasja łączy Byrne’a z Hutterem. O ile Ralf Hutter opowiadał o tym jak jeździli rowerkami będąc na trasie z zespołem w latach 80 – tych, tak Byrne złapał bakcyla rowerowego właśnie na początku tamtej dekady, czyli tuż tuż po wydarzeniach, które mnie zainteresowały najbardziej. Chodzi mi o premiery pewnych płyt. Jedna z nich to Remain in Light, czwarty w dyskografii album Talking Heads.

Zespół Talking Heads jest całkiem szeroko znany, ale mam podejrzenia, że dokładnie na tyle pobieżnie, na ile szeroko. Szlagierem jest niezapomniany Psycho Killer i przyznam, że ja też od tej piosenki zacząłem się zespołem interesować. Szlagier jest zaiste uroczy, bez dwóch zdań. Pochodzi z płyty 77. Potem były jeszcze albumy More Songs About Buildings and Food i Fear of Music i wtedy, w 1980r. przyszła na świat płyta Remain in Light. Cóż to za pyszna muzyka. Najciekawsze jest to, że na pierwsze przesłuchanie różni się znacznie od wcześniejszych albumów, ale wciąż słychać, że to Talking Heads. Słychać już afrykańską rytmikę, słychać transowe rytmy, melodie. Nie są to po prostu kolejne piosenki o budynkach i jedzeniu. Widać inny pomysł na muzykę na tej płycie. Producentem jest Brian Eno, który po produkcji dwóch wcześniejszych albumów Talking Heads chciał zrezygnować, ale po usłyszeniu prób zespołu i kierunku w jaki zespół chciał iść, zgodził się ochoczo na produkcję. Powstał niezwykły album. Gdyby inne nagrania Talking Heads były na podobnym poziomie co ta płyta, może ten właśnie zespół okupowałby moje drugie miejsce zaraz po banalnych Bitelsach. Z drugiej strony może to i lepiej, że tylko jedna jest aż tak pyszna płyta. Dzięki temu smakuje lepiej.

W trakcie prac nad płytą Remain in Light zaczyna się także wykluwać inne dzieło, w które zaangażowany jest David Byrne. To album My Life in Bush of Ghosts nagrany wraz z Brianem Eno. Album wydany w 1981r., a powstał poprzez zabawy taśmami. Czyli w skrócie jest to zwykły sampling. Byrne i Eno ponakładali na siebie różne ścieżki poczynając od podkładów rytmicznych (wziętych, a jakże, od afrykańskich muzyków), pod wpływem Feli Kutiego, podokładali do tego własne melodie. Na płycie nie śpiewa David Byrne. Wokaliści to różni telewizyjni i radiowi ewangeliści, których kazania są wplecione w muzykę, radiowi prezenterzy, Arabowie czytający Koran, egzorcysta podczas egzorcyzmów, słowem – duchy w buszu. Tytuł albumu zaczęrpnęli z książki pewnego Nigeryjczyka, Amosa Totuoli. Książka jest o pewnym 7 letnim chłopcu, któremu udaje się uciec handlarzom niewolników i trafia on do pewnego lasu, w którym nie można przebywać śmiertelnikom, ale on jeszcze tego nie wie. Las nazywa się właśnie Buszem Duchów i dalej można już sobie wyobrazić co się dzieje. Byrne i Eno trafili na książkę po nagraniu wszystkich utworów, więc nie inspirowali się książką, ale obaj stwierdzili, że pasuje jak ulał. Album jest po prostu jednym wielkim samplingiem, plądrofoniczną płytą, a plądrofonia to jest coś, co tygryski lubią najbardziej, dlatego tak bardzo mi się podoba. Warto także pamiętać, że wtedy sampling taki odbywał się ręcznie. Nie było takich sekwencerów jak dziś, więc taśmy się dopasowywało ręcznie.

Tych albumów trzeba posłuchać samemu, nie zamierzam pisać więcej cóż tam jest za muzyka, nie będę przyznawał jakichś gwiazdek ani nutek, muzyka ma wciągać i to wszystko. Te dwa albumy wciągnęły mnie głęboko. I pomyśleć, że zaczęło się od Syda Barretta, właściwie nawet nie od niego, tylko od myśli niewinnej, że muszę wreszcie wyciągnąć rower ze swojej piwnicy, ogarnąć i zacząć wreszcie kołować. Najwyższa pora.

Gagarin

W swojej młodości, tej podstawówkowej młodości załapałem się na bohaterstwo Jurija Gagarina. Nie załapałem się dosłownie na jego lot w kosmos, ale na kult otaczający to wydarzenie owszem. Znaczki pocztowe, wzmianki na lekcjach, tak, Gagarin był bohaterem dzieciństwa. 12 kwietnia minęło dokładnie 50 lat od jego lotu dookoła ziemi. Jak byłem mały, to byłem pewny, że on był na księżycu, dam głowę, że tak mnie uczono, ale to może być blef powstały w mojej głowie. Nasz Jurij spędził 108 minut w kosmosie, a 50 lat po jego locie wciąż jest bohaterem.

Rocznicę wyczynu naszego bohatera postanowili uczcić znani muzycy. Ian Anderson z Jethro Tull zagra na swojej fujarce w miejscowości Perm w Rosji. Ale ale! Nie zagra sobie ot tak, zagra w duecie, a jego partnerką będzie niejaka Catherine Coleman, która z kolei na swojej fujarce będzie grała na międzynarodowej stacji kosmicznej. Ten wspaniały, kosmiczny wręcz duet zagra za pośrednictwem video łącza. Ale będzie jazda!

Mało tego. Inny znany muzyk, niejaki Brian May skomponował z racji tej rocznicy specjalny utwór wraz z zespołem Tangerine Dream! Premiera utworu odbędzie się podczas naukowo-muzycznej imprezy na Teneryfie pod koniec czerwca. Więcej szczegółów nie znam, ale wiem, że Brian May oprócz tego, że jest wspaniałym gitarzystą, jest też doktorem astronomii, a to niejako obliguje go do komponowania przy okazji takich rocznic. Do dzieła! Studenci do nauki, pisarze do piór, robotnicy do fabryk! Dla doktorów astronomii też coś się znajdzie.

Jak widać kult, jakim otoczony był Jurij Gagarin w mojej młodości – bo ponoć jak 3 miesiące po swoim sławetnym locie przybył do Warszawy, to kosmonautę witały tłumy – to pikuś w porównaniu z kultem jakim jest otoczony teraz, budzi szacunek chyba nawet większy. Bo w końcu jak mistrz fujarki i doktor, to ho ho.

Tylko mnie nostalgia dopadła, bo jednak skoro Tangerine Dream wzięli udział w komponowaniu z doktorem astronomii, to mi się zamarzyła płyta Kraftwerk. Bo to już parę latek mija od ich ostatniego albumu. Już może niekoniecznie z okazji tego Gagarina musieliby nagrywać, w ogóle mogli by coś nagrać. A dla Gagarina to chyba najlepiej jakby coś w stylu Wiaczesława Meszerina nagrać. W końcu to jest symbol tamtej epoki w radzieckiej muzyce elektronicznej. Bo z kosmosem, to jednak elektronika się kojarzy w większym stopniu.

Koniec White Stripes

Z dniem 2 lutego 2011 zakończył działalność zespół White Stripes. Na ich stronie internetowej można przeczytać stosowny komunikat. Nie wiadomo o co chodzi, bo ani o stan zdrowia Meg, ani o czas, którego jak zwykle mało, więc pewnie już się trochę zmęczyli. Swoją drogą Jack White ma tyle projektów na boku, że właściwie mnie to nie dziwi. Czuję tylko trochę żal, ale jak sobie pomyślę, że przecież nikt nie umarł to już mi lepiej. Będzie mi pewnie brakowało trochę łopatologicznych rytmów Meg, bo to wszystko fajnie współgrało, ale cóż począć.

Z Jackiem problemu nie będzie, bo przecież co chwila szykuje jakieś nowe projekty. Ja czekam na Raconteurs, ale nie wiem co z tego będzie, bo on skacze jak z kwiatka na kwiatek, jak już się nasyci to spieprza gdzieś dalej, w sumie nosi go w szeroko pojęte obszary rocka, ale ja najbardziej oczekuję Gawędziarzy. Choć Dead Weather tez może być, bo jednak jego współpraca z gwiazdami counry jakoś mnie nie kręci, choć muszę bardziej rzucić na to okiem, może akurat mnie wciągnie.

Tymczasem żałobę częściowo może osłodzić nam nowy projekt Danger Mouse’a. Typ znany jest ze współpracy z Gorillaz, ale przede wszystkim jako połowa duetu Gnarls Barkley, fajnej popowej kapeli, co to jej piosenki teraz w co drugiej reklamie słyszę. Być może to jedna i ta sama reklama, ale jakoś nie mam ochotę tej wiedzy zgłębić, więc wybaczcie uogulnienie. Danger Mouse wraz z niejakim Danielle Luppi szykuje na początek marca debiut projektu Rome. To co wiem, to że w jednym z utworów śpiewa właśnie Jack White, w innym z kolei Norah Jones. Wielkich nadziei w tym nie pokładam, bo za Danger Mousem jakoś nie przepadam, ale uwagę zawsze warto zwrócić. Jak ktoś ma ochotę posłuchać utworu z wokalem Jacka, zapraszam tutaj.

Wszechczasy się zmieniają

Niedawno zakupiłem ostatni numer Teraz Rocka. Jestem stałym czytelnikiem periodyka, już bardziej z sentymentu niż z powodu wysokich wrażeń estetyczno informacyjnych, bo coraz częściej się zżymam. Denerwują mnie te artykuły o młodych pięknych kapelach dla nastolatków. Denerwują dlatego, że dłuższe to od wkładek o zespołach zacnych (tradycja Teraz i Tylko Rocka), że ma wysokie recenzje tuż obok reklam, i że sam już nie jestem nastolatkiem, choć to akurat może i dobrze. Kupiłem więc najnowszy numer, a w nim same ciekawostki. Let’s go!

Piosenka Money For Nothing Dire Straits została częściowo zakazana w Kanadzie. Ciekawe, prawda? Piosenka, która jest historią MTV, bo w teledysku pojawiają się fajne ludziki, które wyglądają jak z klocków lego, bo to jeden z pierwszych klipów, bo to zacny song i można by mnożyć, a w Kanadzie zakazali, ale częściowo. Nie można puszczać w mediach, jak się nie ocenzuruje słowa faggot występującego w piosence aż 3 (słownie: trzy) razy! Oto ta zwrotka:

The little faggot with the earring and the makeup
Yeah buddy, that’s his own hair
That little faggot got his own jet airplane
That little faggot he’s a millionaire

Jak widzimy Mark Knopfler pojechał po bandzie. Jestem ciekaw czy wtedy też było to ekstremalnie obelżywe. Widać w Kanadzie musi być sporo pedałów z kolczykami w uszach, makijażem, włosami, w które aż trudno uwierzyć, własnym samolotem. Ostatni wers mówiący o tych milionach pozwala nam mniemać, że silne pedalskie lobby jest głównie w Kanadzie. Ciekawe czy już mamy się bać? Problem w tym, że wielu Polaków tą piosenkę zna, więc trudno będzie o pedalskich wersetach zapomnieć nawet jak zakażą. Chyba, że nakażą zapomnieć. Zadziwiające, doprawdy. Warto przyjrzeć się innym wielkim szlagierom rocka, kto wie co tam może być ekstremalnie obelżywe.

Inna informacja, która wzbudziła u mnie znaczne emocje, to news o tym, że niestrudzony bojownik o pokój na świecie, niejaki Bono, wraz ze swoim kolegą z zespołu, gitarzystą o pseudonimie Krawędź w pocie czoła tworzą muzykę do spektaklu teatralnego Spiderman. Budżet tego spektaklu to 65 mln dolarów. Ciekawe ile z tego dostaną widzowie, bo uważam, że im się należy najwięcej. I mam nadzieję, że Spiderman będzie miał w sobie coś z ducha kina moralnego niepokoju, bo jak nie, to ja wychodzę! I mówię to z pełną premedytacją! No chyba, że gitary Krawędzia będą takie fajne, że posłucham do końca. Ale z tym może być problem, bo Bono pewnie będzie śpiewał. Ech… Może nawet zagra? Kto wie?

Trzeci news jest taki, że artystą wszechczasów za granicą wg czytelnika Teraz Rocka została grupa Led Zeppelin. W zeszłym roku to była grupa Pink Floyd, ale wiadomo, z roku na rok wszechczasy się zmieniają. W Polsce na przykład wygrała grupa Dżem, tak samo jak w zeszłym roku. Dwa lata temu natomiast na szcycie był Czesław Niemen. Taka zacięta rywalizacja na tle wszechczasów pozwala mi mieć nadzieję, że może kiedyś za granicą wygra na przykład The Beatles, bo o Captain Beefheart nie śmiem nawet marzyć. W Polsce natomiast nikomu oczywiście śmierci nie życzę. Dziwię się po prostu, że trzydziesta rocznica śmierci Lennona nie wystarczyła. Cóż począć.

Ale mam świetny pomysł. Można zacząć wydawać Teraz Rock dla Polonii w Kanadzie, zrobić konkurs na przebój wszechczasów i niech wygra Money For Nothing. Bo jak nie, to jeszcze Knopfler będzie musiał przepraszać. Albo z torbami pójdzie, kto wie…

„Włącz się, dostrój, odleć” – rock na haju

Narkotyki zrobiły dla nas wiele dobrego. Jeśli mi nie wierzycie, wyświadczcie mi przysługę – weźcie wszystkie swoje albumy, kasety, płyty i spalcie je, bo wiecie co? Muzycy, którzy stworzyli tą świetną muzykę upiększającą wasze życie przez lata byli baaaaardzo naćpani – Bill Hicks.

To słowa Billa Hicksa, amerykańskiego komika, który zmarł w 1994r. bynajmniej nie z powodu narkotyków. Bill Hicks został upamiętniony między innymi na albumie Tool – Aenima, bo fragment tej właśnie wypowiedzi znajduje się w utworze Third Eye. Nie sposób nie przyznać mu racji. Jak spojrzeć na historię popkultury, narkotyki pojawiają się wszędzie i praktycznie non stop. Historia opium jest prawie tak stara jak świat, opium stosowano już od dawien dawna, głównie by uśmierzyć ból, ale sekretne działanie opiumowych lekarstw w mig zaczęło zachęcać i uzależniać. Wszystkie dragi przeszły przecież przez okres legalności, heroinę na rynek wpuściła firma Bayer w 1899r. jako lek, który miał służyć narkomanom uzależnionym od kokainy, pomóc im wyrwać się z nałogu. Wzrost palaczy marihuany w USA notuje się od roku 1920 czyli wprowadzenia prohibicji na alkohol. Marihuanę zdelegalizowano w 1937r. Jednak największy wpływ na popkulturę miało chyba LSD i lata 60 – te.

Szczególnie można to zaobserwować w Stanach. Chyba każdy przyzna mi rację, że właśnie tam popkultura jest modelowa, właśnie tam jest jej wzorzec, niczym wzorzec metra w Sevres, czy czego tam jeszcze. Lata 50 – te to okres spokojny, rodzinny, delikatny. Muzyka rockowa, owszem, miała się dobrze, ale cóż to był za rock and roll. Jeszcze niewieści. Dopiero psychodeliczna rewolucja zmieniła to wszystko, szczególnie w muzyce. W latach 50 – tych narkotyki były raczej tematem tabu, propagandowe filmiki o tym jakie są złe i co się dzieje z człowiekiem po zażycie, były moim skromnym zdaniem, dość infantylne, mimo że muzyka w tych filmikach była w dechę. Choć w kwestii informacji i propagandy na temat narkotyków niewiele się zmieniło do dziś, szczerze powiedziawszy.

Kiedy The Beatles pojechali do Hamburga musieli grać po nocach w klubach, całą noc. To nie łatwo tak trzymać formę całą noc i co noc. Gdyby nie środki pobudzające, śmiem twierdzić, że mogliby nie dać rady. Jednak najciekawsza historia Beatlesów i narkotyków wiąże się z Bobem Dylanem. 1964r. hotel w Nowym Jorku, Beatlesi spotykają się z Dylanem, a ten częstuje ich trawką. Podobno Dylan nie miał pojęcia, że chłopaki robią to pierwszy raz, a to spotkanie zmieniło nie tylko Beatlesów, ale i całego rocka. Fab Four tak polubili trawkę, że ciągnie się ona za nimi przez całą karierę. Ciekawostka z tego spotkania jest jeszcze taka, że za każdym razem jak w pokoju Bitli dzwonił telefon, odbierał go Dylan i tak mówił do słuchawki:”Hello. This is beatlemania here”. Nie muszę chyba dodawać jaką salwą śmiechu musiało się to kończyć. Jest mnóstwo historii o Beatlesach i trawce (nie tylko), żeby wspomnieć jeszcze tylko historię z kręcenia filu Help!, kiedy chłopaki grali w curling i jeden z bohaterów zamiast obecnych tam kul, czy jak to, czym oni tam grają się zwie, puścił po lodzie bombę. Wtedy wszyscy mieli wiać, tak było w scenariuszu. Paul McCartney i George Harrison zaczęli biec co sił w nogach, biegli, biegli, aż dobiegli hen daleko do jakichś drzew, po czym beztrosko wypalili skręta i wrócili na plan. Taka oto sielanka panowała wśród Fab Four.

Paul McCartney tak ukochał marihuanę, że problemy miał z prawem niejednokrotnie. Siedział nawet w japońskim więzieniu, właśnie za posiadanie marihuany. Spędził tam tylko kilka dni, ale strachu pewnie się najadł. A Japończycy nakryli go na lotnisku, znajdując w jego torbie sporą porcje marychy. Było to w 1980r. czyli długo po spotkaniu z Bobem Dylanem. Dobrze, zostawmy już The Beatles, choć boleję, bo uwielbiam i wszelkie historie narkotykowe dotyczące liverpoolskiej kapeli setnie mnie bawią. Na koniec jeszcze cytat jeden Johna Lennona.

Rubber Soul was the pot album and Revolver the acid. (Rubber Soul był albumem trawkowym, a Revolver kwasowym).
No to teraz można sobie posłuchać.

Kiedy Albert Hoffman w 1943r. po dostaniu się niewielkiej ilości pochodnej sporyszu do jego organizmu doświadczył lekkich, ale żywych halucynacji, nasyconych kolorami, nawet nie miał pojęcia na jakie odkrycie wpadł i jakie to będzie miało znaczenia dla popkultury, a w szczególności muzyki rockowej. Od tamtej pory narkotyk (to się jeszcze tak nie nazywało) testowano w psychiatrii, a termin „psychodeliczny” ukuł na początku lat 50 – tych angielski psychiatra Humphrey Osmond. Psychiatrzy kombinowali z LSD ile mogli, kombinowało potem CIA, a w latach 50 – tych na te kombinacje załapał się Aldous Huxley. Wszyscy znamy Huxleya z książki Nowy Wspaniały Świat. Wcześniej eksperymentował z meskaliną, co opisał w książce Drzwi percepcji (The Doors of Perception). A tutaj pojawia nam się wpływ na jednego z kilku wielkich bohaterów rocka, a który bohaterem tym stał się w pewnej mierze dzięki dragom. Chodzi mi o Jima Morrisona, który nazwę zespołu The Doors zaczęrpnął właśnie z książki Huxleya. O Jimie Morrisonie można by długo, ale postać chyba dość znana, więc sobie daruję. To co chciałem powiedzieć, powiedziałem. LSD zaczęło wyciekać na ulice na początku lat 60 – tych.

Kolejnym bohaterem naszej opowieści będzie Ken Kesey. Pisarz ten był jednym z tych, na których testowano LSD. Pracował wcześniej w szpitalu psychiatrycznym, a na pomysł niemego narratora swojej powieści Lot nad Kukułczym Gniazdem wpadł, jak sam twierdził, będąc na kwasie. Kesey zasłynął jako pomysłodawca niejakich Merry Pranksters (Wesołych Figlarzy), czyli paczki znajomych wlokących się po Stanach autobusem pomalowanym w psychodeliczne wzory i kolory i biorących kwas praktycznie non stop. Ken Kesey organizował też spotkania znajomych, na których odbywały się tak zwane Acid Tests (Kwasowe Testy). Na czym to polegało łatwo się domyślić, a wracając do muzyki trzeba koniecznie dodać, że na tych spotkaniach często grywały kapele rockowe, a najbardziej znaną jest Grateful Dead. Zespół otoczony w Stanach estymą niemalże równą z Johnem Lennonem gdziekolwiek na świecie, u nas raczej dla koneserów. Nie wiem dlaczego. Wracając na chwilę do The Beatles, to jeśli mi ktoś powie, że ich Magical Mystery Tour nie jest nawiązaniem do Merry Pranksters, to ja jestem morsem.

LSD w tym momencie stało się stylem życia. Wszyscy ciągnęli do San Francisco bo tam była mekka psychodelicznej muzyki. Słynny występ Jimmy’ego Hendrixa na festiwalu Monterey wstrząsnął publiką, a Jimmy był podobno wtedy po dwóch dawkach LSD. Brali wtedy wszyscy. Turn on, tune in, drop out (Włącz się, dostrój, odleć) – to słowa Timothy’ego Leary, który zaangażował się w propagowanie LSD jak nikt inny. Jego historia też jest ciekawa. Stracił żonę, potem zaangażował się w kampanię na rzecz LSD, był kilkakrotnie aresztowany, raz zwiał z więzienia, umarł w 1996r. (bynajmniej nie z powodu narkotyków), a jego prochy zostały wystrzelone w kosmos. W latach 60 – tych można by wymieniać mnóstwo albumów nagranych na narkotykach, szczególnie LSD. Określenie rock psychodeliczny wzięło się właśnie z wpływów kwasu, z niczego innego. Grateful Dead, Jimmy Hendrix, The Doors, The Beatles, Janis Joplin, Love and many, many more. Jeśli weźmiemy jeszcze pod uwagę kolorystykę tamtych albumów, to nawet muzycy mogli nie ćpać, ale widać było tą psychodelię zewsząd. Skrzaty jakieś (Gong), kolorystyka (właściwie wszyscy), muzyka. Wszystko na modłę kwasową. Psychodeliczna rewolucja odcisnęła piętno na muzyce rockowej w sposób niesłychany. Czar hipisowskiego karnawału prysł wraz ze śmiercią Hendrixa, Janis Joplin i Jima Morrisona, oraz z zabójstwem dokonanym przez Charlesa Mansona, który przecież mieszkał wcześniej na Height Ashbury, czyli mekce hipisów w San Francisco. Kwiaty we włosach potargał wiatr.

LSD odegrało niesamowitą rolę w muzyce rockowej, chyba na niespotykaną dotąd skalę. Do niczego już nie można tego porównać. Potem była trawka, w latach 70 – tych przemycana wręcz wariacko z Ameryki Płd. Była heroina, od której uzależnieni byli różni znani muzyce, jak choćby Keith Richards, Eric Clapton, Charlie Parker, Chet Baker, Stan Getz, Billie Holiday, marihuanę palili Gene Krupa, Dizzie Gillespie, Louis Armstrong. Od hery mało nie przękręcili się John Frusciante, Anthony Kiedis. Wymieniać można długo.

Dodając do tego coraz to nowe mody, jak pojawienie się cracku i jego wpływ na muzykę hip – hopową, co słychać na przykład u Public Enemy, albo modę na rave. Skąd się to wzięło? Chodziło o tak zwane dance drugs, czyli substancje pobudzające, coś podobnego do naszych dopalaczy. Pochodne ketaminy, serotoniny, wszystko to zwane jako designer drugs (narkotyki projektowane), które oczywiście najpierw miały być wykorzystywane w psychiatrii, medycynie, ale lądowały jak zwykle na ulicy. Kultura rave zrodziła się w Anglii na bazie ecstasy, a co ciekawe wzdłuż autostrady M25, która była dumą rządu Margaret Thatcher. Obwieściła ona jej otwarcie, jednej z najdłuższych autostrad i tak dalej, a z czasem okazało się, że wzdłuż tejże powstają na potęgę kluby rave, bo łatwo dojechać. Przewrotne, co? Jednym z designer drugs był także preparat zwany PCP (fencyklidyna), a właściwie jej pochodna. Nazwa slangowa to na przykład Angel Dust, a płytę o takim tytule nagrał bardzo znany zespół rockowy przecież. Nie będę specjalnie wymieniał nazwy, bo kto ma wiedzieć wie, bo to łatwe, kto nie wie, niech gugluje.

Takich przykładów narkotycznych można w muzyce wymieniać na pęczki, a przypomnę, że nie ruszyliśmy prawie w ogóle kokainy, marihuanę pobieżnie, tak samo z heroiną, no mnóstwo tego. Dragi ciągną się za muzykami do dziś, muzycy ci najbardziej w rocku znani, siedzieli w pierdlach mnóstwo razy, może nie za długo, ale kraty od drugiej strony wąchali. Można powiedzieć, że bez dragów nie da się grać. Żarcik taki.

A na koniec garść refleksji. Od lat 50 – tych niewiele się właściwie zmieniło w kwestii legalności. Dragi powstają, bo rozwija się medycyna, ale jak tylko ktoś odkryje ich działanie pobudzające na mózg, w mig stają się nielegalne. Nie zamierzam oceniać czy słusznie, mdli mnie tylko, gdy słyszę ciągłą propagandę. Brak jest rzetelnych informacji co jest czym. Informacja na temat narkotyku kończy się zdaniem: dragi to syf. Ok, syf, ale czy to załatwia sprawę? Ludzie brali, biorą i brać będą, bez względu na to, czy kupią legalnie czy nie. Warto by wiedzieli trochę więcej. Bo narkotyki są złe wtedy, kiedy jest jakaś medialna kampania, kiedy dzieciak jeden z drugim umiera, albo walczy o życie w konwulsjach, bo przedobrzył. Medialna chryja się kończy, nawet nie ma informacji co z tymi dzieciakami, a życie toczy się dalej. Tak było z dopalaczami. Owszem, powodują one groźne uszkodzenie zdrowia, ale ja mam teraz pytanie: czy w związku z tym, że afera już się skończyła dzieciaki nie trafiają do szpitala po nadużyciu narkotyków albo alkoholu? Skoro media od kilku miesięcy takich przypadków nie nagłaśniają, to pewnie nie. Prawda? Problem jest idiotyczny, bo założę się, że dzień w dzień ktoś jest jedną nogą na tamtym świecie z powodu dragów albo wódy. Ja tego nie mogę zrozumieć. Bogiem a prawdą, to kto wie, że jedną z najczęstszych przyczyn zgonów w Wielkiej Brytanii po zażyciu ecstasy była zbyt duża podaż wody do organizmu? Bo przecież każdy kto bierze ecstasy się odwadnia, prawda? Gówno prawda. Albo kto wie, że nie istnieje śmiertelna dawka LSD? Że można sobie wziąć tego całe wiadro i się nie umrze, co najwyżej zeświruje? Albo że nie istnieje dawka śmiertelna marihuany? Mało kto zapewne, ale dopóki to jest na nielegalu, to nie ma winnych. Bo przecież odpowiadają za to ci, co i tak mają to w dupie, więc co nam po tych medialnych nagonkach raz na jakiś czas?