Projekt Recenzja – Lux Occulta „Kołysanki”

Tym razem Szubrycht. Wcześniejsze dokonania Lux Occulty są mi całkiem nieznane, więc nie będę miał dla nowego albumu żadnego punktu odniesienia. I dobrze bo nawet nie zamierzam sięgać do starych nagrań. Ponoć straszą.

Na nowej płycie też nie jest wesolutko. Takie to kołysanki pogańskie dość, wiocha jakaś taka przygnębiona skoro sobie kołysanki o spalonych wioskach śpiewam, fiat karawanem i jeszcze coś po francusku tu i tam. Pewnie egzorcyzmy. Taka to zawartość.

Muzycznie dużo sampli, elektroniki, akordeo, trochę gitar. Szubrycht sobie recytuje, mruczy, gada, dwoi się i troi. Ostre gitary pojawiają się rzadko, ale jak już się pojawiają, to jestem na nie Samuel wraca do domu. To co mi jeszcze nie pasuje, to całe to mruczanko Szubrychta. Nie wiem jak on wcześniej śpiewał, ale tutaj nic nie udaje, nie sili się na nie wiadomo jakie brzmienia wokalu, tylko po prostu robi swoje. Brawa za brak kompleksów, ale jednak mi trochę to jego gadanie/śpiewanie uwiera. Wolę momenty kiedy pełno jest jakichś sampli czy to francuskiego gadania czy folkowych zaśpiewów.

W ogóle cały album jest utrzymany w klimacie folkowym. Teraz wraca moda na folk, co jest mi bardzo miłe sercu bo lubię folk. Folku jednak ciężko się słucha, szczególnie klasycznego, a tu proszę, mamy renesans, młodzi grają, starzy grają, a wszystko z elektroniką, szumami, noisami. No pięknie. Chwilo trwaj. W Lux Occulta podobnie, tylko tu niewiele noisu (no może początek Karawanem Fiat). Sporo za to elektroniki i akordeonu, co komponuje się świetnie.

Taka konkluzja mnie nachodzi, że Lux Occulta chyba osiągnęli co chcieli osiągnąć bo płyta stanowi pewną tajemnicę. Zaczynam słuchać, w pewnym momencie się nudzę, potem znowu zaczyna zaciekawiać, robi się misterna, aż wreszcie nie zauważam kiedy się kończy. Zupełnie jakbym włączał i w trakcie jej trwania zasypiał. Kołysanki. Koncept wyborny, wybornie zrealizowany. Aha, właśnie mi się przypomniało czemu mnie drażnią wokale Szubrychta. Bo mi czasem przypominają barwę głosy Glacy, kiedy pierdoli te swoje frazesy w Sweet Noise i innych projektach. Ale tylko troszkę przypomina. No ale cóż począć, jak już zaśniesz po kołysankach, to sen jest snem. łatwo nie zapanujesz. A w ogóle Karawanem Fiat to zajebisty kawałek.

Płyta fajna, można w ciemno słuchać. Przede wszystkim można słuchać wiele razy. Jest konkretny, jasny pomysł i solidne wykonanie. Ciekawy jestem czy to taki jednorazowy wybryk Lux Occulty i znowu zamilkną na lata, czy też może pociągną takie eksperymenty. Potencjał jest. Powinienem dać 7, ale dam

8/10

bo włączyłem sobie Karawanem Fiat. Specjalnie włączyłem. Żeby zawyżyć ocenę. Dobranoc Państwu.

Recenzja Bojadżijewa
Recenzja Wmichaela

Reklamy

Projekt Recenzja: Adrian Belew – Side One

Adrian Belew to głos King Crimson. Dla mnie zawsze fantastyczny, szczególnie w macierzystej kapeli. Dodawał trochę ludzkiego wymiaru tej całej matematycznej i technicznej konstrukcji Frippa. Jakby robot miał w sobie duszę. Jakiś czas temu zacząłem się przekopywać przez jego solowe nagrania. Trochę tam tego napłodził, ale żadne jakieś białe kruki. No i Side One to idealna płyta, żeby przerwać milczenie na blogu i choć na chwilę odkurzyć Projekt recenzja.

Album trwa tylko 33 minuty, więc jest dobry do typowo rekreacyjnego posłuchania. Mamy sporo gości z czego najbardziej znane nazwiska to Danny Carey i oczywiście Les Clapool. O ile bębniarz jakoś specjalnie tej płyty nie pcha do przodu, o tyle lider Primusa klasycznie kradnie show. Gra w pierwszych trzech kawałkach płyty i gdyby nie gitary Belew, które też nie sposób pomylić, można by pomyśleć, że to solowe działania Claypoola.

Płyta sprawia wrażenia raczej spotkania i jamu kumpli niż jakieś solidnej zaplanowanej akcji, ale mogę się mylić, bo Side’ów jest cztery. Przed napisaniem tej recki miałem plany zrobić niebagatelny risercz, poczytać wywiady z Belew coż on tam sobie wykoncypował, jak te Side’y się łączą. No i klasycznie mi się odechciało.

Muzyka na płycie to taki miks różnych pomysłów, tu słychać jakby Crimsonów, tu jakby Primusa, ale przeważa wesołe kombinowanie. Czuć w tym jakiś oddech improwizacji, na pewno tak wyłaniały sie utwory. Żaden z nich nie wysuwa się na pierwszy plan.

Nie wiem czy ten album jest wart Projektu Recenzja, ma w sobie to coś, ale jego minus jest taki, że jednak się nudzi. Po kilku przesłuchaniach już nie bardzo miałem ochotę wracać i gdyby płyta nie była tak krótka, pewnie bym podchodził nawet z irytacją po każdym kolejnym razie. Ze wszystkich części, mi najbardziej podoba się Side Two. Sporo tam elektroniki, beatów, śpiewu, gitary, słowem, więcej zgrabnej, ładnej muzyki. Nie wiem dlaczego dałem do recki Side One. Pewnie dlatego, że krótka i dobre przetarcie, no i żeby jednak nie odstraszać elektroniką, której na Side Two nad wyraz dużo. No i Side Two dostałaby dziewiątkę. A przy Side One się waham, ale jednak dam:

7/10

Recenzja Bojadżijewa

Recenzja Wmichaela

Notki prasowe, wywiady, premiery, albumy

Franz Ferdinand

Od ukazania się płyty Tonight: Franz Ferdinand upły­nęły cztery lata. Nie spieszyliście się z przygotowa­niem Right Thoughts, Right Words, Right Action. Nagrywaliście tym razem w studiach Alexa Kapra­nosa i Nicka McCarthy’ego. Alex określił pracę nad tym albumem jako bardziej natychmiastową. Alex powiedział także: Nawet jeśli muzyka jest mrocz­na, cały czas słychać, że została stworzona przez ludzi, którzy lubią być razem w jednym pomieszczeniu… Podoba mi się różnorodność muzyki na Right Thou­ghts, Right Words, Right Action. Pojawia się funkowy utwór Evil Eyes, ale jest i Love Illumination w klimacie lat 70., jakby spod znaku glam rocka… Wśród nowych utworów szczególnie podoba mi się Fresh Strawberries w du­chu The Beatles. Kolejnym utworem zwracającym uwagę jest Brief Encounters. Album kończy utwór zatytułowany Goodbye Lovers & Friends. Taki finał nie nastraja optymistycznie na przyszłość…

IRA

Wasz nowy album, X, jest chyba najostrzejszym albumem IRY w obecnym wieku… Ten album to kolejny longplay, który pokazuje, że jesteście w stanie pisać melodyjne, radiowe utwory, nie rezygnując z naprawdę ostrego, gitarowego grania. W MTV Rocks wciąż gra się bardzo dużo ostrej, a zarazem melodyjnej muzyki, króluje tam pop punk. Autorami przytłaczającej większości utworów z waszej najnowszej płyty są Piotr Konca i wspomniany współproducent (i ex-muzyk IRY), Sebastian Piekarek. Z ostrych utworów na X najostrzejszy jest Gniew. Wiem, że Artur najbardziej lubi ballady… niemniej na tym albumie ballad nie ma za wiele. Balladą jest znana od połowy zeszłego roku Szczęśliwa, ale to rzecz mocno zaskakująca. Mówiąc niepoprawnie politycznie, „babska”. Na naszych łamach Artur przyznał się jakiś czas temu, że nie może się przełamać, żeby pisać teksty. Tymczasem na nowej płycie większość tekstów jest jego – albo napisanych wspólnie z Wojtkiem Byrskim. Po angielsku jest też wasza wersja Your Ghost Kristin Hersh. Ucieszyłem się słysząc ją, bo to niesamowity utwór. Opowiedzcie o piosence Ocean, zaśpiewanej przez Artura z Patrycją Markowską. IRA, podobnie jak zespół Wilki, miał – jak dotąd – dwie kariery. Pierwszą w latach 90. i drugą, wciąż trwającą, już w obecnym stuleciu. Niemniej IRA nadal jest bardzo popularnym zespołem.

Powyższe teksty to nie są opisy wydawców na temat nowych albumów. To są obszerne fragmenty pytań dziennikarzy podczas wywiadów Teraz Rocka z muzykami Franz Ferdinand i IRY sklejone w jedną całość. Czym to się różni od opisu wydawcy? Zobaczmy:

Franz Ferdinand

Wielki powrót! Franz Ferdinand nagrał najlepszy i najbardziej przebojowy album od czasów swego niezapomnianego debiutu. Ten zestaw piosenek to udane odświeżenie chwytliwej formuły, za którą wszyscy pokochali Franza! Szkoci wyraźnie podrasowali brzmienie gitar, które doskonale współbrzmią tu z energetyczną sekcją, dzięki czemu całość nabiera dodatkowych rumieńców i rockowo-tanecznych walorów. „Right Thoughts, Right Words…” to synteza tego, co najlepsze w gitarowym popie – od The Beatles i The Kinks, przez echa Thin Lizzy aż po współczesność. Fantastyczna realizacja i znakomite kawałki!

IRA

Ira to polski zespół rockowy grający łagodną odmianę heavy metalu z pierwszej połowy lat 90. Na swoim koncie ma 9 albumów, z których 3 osiągnęły status złotej płyty, a jedna platynowej. Zespół wielokrotnie uczestniczył w największych festiwalach rockowych w Polsce m.in. w Jarocinie, na Przystanku Woodstock oraz Przystanku Odjazdy. 
 
Po blisko 4 latach od wydania ostatniej płyty Ira wraca na scenę muzyczną z najnowszym krążkiem zatytułowanym „X”. Płyta to owoc wielu godzin pracy – nietypowy, bo dwupłytowy. Pierwszy krążek zawiera 11 premierowych utworów z dobrze znanymi singlami Taki Sam i Szczęśliwa. Drugi natomiast jest prawdziwą perłą dla fanów zespołu, bo zawierającym, pierwszy raz w karierze zespołu, piosenki nagrane w języku angielskim: Mój Bóg, Taki sam i Styks. Dodatkowym bonusem jest oryginalna, bluesowa kompozycja nagrana z Patrycją Markowską. Cały album utrzymany jest w spokojnej, melodyjnej stylistyce.
 
 
Gołym okiem widać, że różnica jest spora.
 
 
 

Mamo, a Ringo to się zaćpał?

Byłem wczoraj na McCartneyu. Miałem nie iść, ale sobie potem pomyślałem, że będę żałował. Poszedłem i nie żałuje. Nastawiony byłem sceptycznie, posłuchałem jakiś tam koncertów Paula. Początek był chujowy, bo dźwięk na Narodowym niesie się nie tak jak powinien biorąc pod uwagę, że to koncert. Siedziałem dość daleko i dźwięk docierał do mnie później niż obraz. W związku z tym dość komicznie musiały brzmieć tam na scenie (albo dla dźwiękowców) te zabawy Paula z publicznością. Te wszystkie „zaśpiewajcie heeeejjooooo”. Publika śpiewa, ale przecież ta publika tuż przy scenie śpiewa od razu, a ta z tyłu śpiewa trochę później.

No dobra, ale to w sumie szczegół. Najlepsze było to, że Paul zagrał kawałki, których w ogóle się nie spodziewałem, a które uwielbiam, jak „Benefit of Mr Kite”, „Lovely Rita”, „Your Mother Should Know” i genialny, kompletnie schowany w tłumie niedocenianych kawałków Wingsów, closer płyty Band On The Run, „Nineteen Hundred and Eighty Five”.  Zawsze uwielbiałem Wings, nigdy nie wiedziałem dlaczego. Teraz wiem, te kawałki Wingsów mają niesamowity ogień na żywo, tam się im świetnie gra, bawią się tymi kawałkami ewidentnie mając z tego radochę. Chociażby takie „Live and Let Die”. Muzycznie tak ich tam poniosło. Niby wiedziałem czego się spodziewać, bo wersja podobna do tej z innych koncertów, które słyszałem, ale jednak na żywo wgniotła.

Kawałki Bitli Paul grał 1:1 i bardzo dobrze 😀

Publika najlepiej bawiła się przy „Obladi Oblada” i „Hey Jude”, ale to też było do przewidzenia. Przy tym pierwszym wszyscy zaczęli klaskać, cały stadion klaskał, zrobił się trochę burdel, bo to trudno tak w rytm klaskać, jeszcze dźwięk docierał do różnych miejsc z różną prędkością. No kurde, ludzie, może nie klaszczcie. Poza tym były jakieś flashmoby, jakieś karteczki „Hey Paul”, zorganizowana akcja. Nie brałem udziału, bo jestem socjopatą i mam alergię na ludzi. A obok mnie siedział koleś, który był jeszcze większym socjopatą, bo ani razu nie wstał i non stop patrzył na zegarek. Pewnie zawsze wolał Lennona. Albo co gorsza, Stonesów.

Paul grał prawie trzy godziny, niezły wynik, tym bardziej, że koncert pełna profeska, zero lekceważenia, wszystko dopięte na ostatni guzik. Akustyka na stadionie to sprawa stadionu, więc tu i tak było naprawdę nieźle. Początek słaby, a potem albo dźwiękowcy poprawili, albo ja przywykłem.

Wyszedłem z koncertu, przede mną wolnym krokiem rodzinka idzie, córka nastoletnia z rodzicami. No i ona pyta:

– Mamo, a Ringo się zaćpał, prawda?

– Nie wiem córeczko.

Projekt Recenzja: Solctice – Lamentations

W skandynawskiej mitologii istnieje bardzo ciekawe pojęcie „Ragnarok”. Jest to krótko mówiąc wojna pomiędzy bogami a olbrzymami. Bitwa to była wielka i nieunikniona, prędzej oczy pózniej musiało do niej dojść. A działy się rzeczy niebywałe. Odyn został zjedzony przez wilka (olbrzyma) Fenrira. Fenrir, wyobraźcie sobie, zjadł tez słońce i wszystko co napotkał na swojej drodze. Po prostu szedł sobie z otwartą paszczą i pożerał. Fenrira zabił w końcu syn Odyna, Vidarr, rozwierając paszczę wilka jeszcze bardziej i godząc go w serce. Inny z synów Odyna, Thor też miał swój udział w Ragnaroku. Thor to był mężny i prężny bóg, dość wysoki, prawie olbrzym. Miał swój młot, najpierw walił tym młotem, potem ewentualnie pytał, a na końcu dopiero myślał. I dlatego ludzie go lubili. Był opiekunem ziemi. Był też bogiem burzy, piorunów oraz patronem rolnictwa. Miał złotowłosą żonę Stir, miał kochankę, miał syna, miał córkę.

Głównym przeciwnikiem Thora był pewien wąż, który zaliczał się do olbrzymów. Nazywał się Jormungadr i pływał w wodzie, a był tak wielki, że mógł owinąć się wokół całej ziemi i spokojnie wziąć w pysk swój ogon. Pierwszy raz Thor miał z nim do czynienia jak poszedł na ryby ze swoim kumplem olbrzymem Hymirem. Thor jako przynętę wrzucił barani łeb i złapał się na to właśnie Jarmungadr. Thor wyciągnął go na łódkę i zaczął okładać po głowie swoim młotem. Jarmungadr niestety się zerwał, ale wieść niesie, ze to Hymir odciął linkę, ponieważ bał się …Ragnaroku.

Oczywiście nic to nie zmieniło, bo Ragnarok i tak się odbył. I właśnie wtedy miało miejsce drugie spotkanie Thora z wężem. Thor walczył z nim zaciekle. Pokonał Jarmungadra, ale niestety został zatruty jadem węża. Po pokonaniu olbrzymiego gada zdołał ujść jedynie 9 kroków.

I o tym właśnie jest ta płyta. O tych dziewięciu krokach Thora. Zwycięski, ale i pokonany, krwawiący, cierpiący, pełen mieszanych uczuć. Jego dusza krwawi, jego serce krwawi, jego świat się wali, a przede wszystkim słońce przestaje świecić i nastała ciemność. Bo oto jedynie 9 kroków dzieli od śmierci opiekuna ziemi. Thor kona i dobrze o tym wie, Thor roni łzę na miłością, która wraz ze śmiercią przepada, Thor wypowiada ostatnie życzenie, wreszcie Thor odchodzi w ciemność. Za ciemny horyzont.

Tytuł płyty – Lamentetions. Okłada – łódź wikingów. Stare czasy (lata 90 nie były w poprzedniej dekadzie), kapele wtedy często bawiły się w koncepty. Teraz też się niby bawią, ale teraz szybki gugiel i wiadomo o co chodzi. Wcześniej to jak człowiek nie kupił płyty to nie wiedział, a czasem nawet jak kupił, to musiał sam szukać analogii. Przyznam, że jak sobie przeglądałem wiedzę na temat mitologi skandynawskiej i tych wszystkich bogach, to tak jakbym czytał jakiś bryk po metalowych kapelach. Same nazwy metalowych kapel, praktycznie wszystko: imiona bogów, olbrzymów, krain itd. A tutaj jeszcze ten Thor. Thor, który zatruty jadem robi dziewięc kroków i pada trupem. I zapada ciemność (bo Fenrir zeżarł też słońce).

Dość ciekawa koncepcja, przyznam, bo te 9 korków to czas na bardzo głębokie refleksje. Niby 9 kroków, a jaki to dystans do przemyśleń. Czytając teksty pojawiają się tam: krew, łzy, ciemność, zmierzch, serce, dusza czyli pełno górnolotnych frazesów, no ae nie rozliczajmy boga w chwili mierci. W końcu z myślenia nie był on najlepszy. Najlepszy był z walenia po łbie, za to ludzie go lubili, w tym miał kunszt, więc nie dziwi, ze jak przychodzą refleksje, to pojawi się patos.

Przejdźmy do muzyki. Cóż tu napisać? Nie podobała mi się zbytnio i tyle. Klasyczne granie lat 90. Perkusyjne akcenty o głębokim brzmieniu, wolne riffy, solówki (koniecznie!), i śpiew wokalisty. Tak, tak, śpiew. To nie growl, nie krzyk, tylko śpiew. W ogólnym rozrachunku wokal na plus, ale cała reszta w ogóle mnie nie kręci. Jeden akustyczny kawałek (Empty lies oaken throne), co też wymowne, bo taki smutny akustyk o pustym debowym tronie. A dąb to symboliczne drzewo Thora. I tak dalej. Kto lubi, ten lubi, ja nie bardzo.

A teraz do szanownych kolegów recenzentów. Jeśli ten koncept z Thorem jest prawdziwy, to flaszeczka dla mnie, bo nigdzie nic o tym nie wyczytałem, wkładki tez nie widziałem (słuchałem ze streamu). Jedyne co miałem to okładka i teksty. Fakt, że tytuł ostatniego kawałka na albumie (Ragnarok) sporo ułatwia. Podsumowując, płyta nie najlepsza jak dla mnie. Wokalnie jest zdecydowanie do przodu w porównaniu do tego, co wtedy królowało (tak myśle), ale prochu nie odkrywa. Muzycznie dość nudna, bo kawałki do siebie podobne i w podobny sposób grane. Po tym wszystkim miałem dać piątkę, ale jak się wciągnąłem w czytanie tej mitologii, w rozwiązywanie tego rebusa, to daje wyżej, bo szczerze mówiąc bawiłem się świetnie szukając tych analogii. Być może to błędna interpretacja, ale może nie. Pewnie we wkładce jest wiecej na ten temat, może potwierdzenie, może zaprzeczenie mojej interpretacji. Ale to najwyżej ktoś mi wytknie. Najpewniej Wmichael, bo w końcu to jego propozycja, więc pewnie u niego ta płyta na zasadzie nostalgii. W sumie się nie dziwię, bo w wieku średniackim takie mitologiczne historie plus muza, którą się lubi, to miód na uszy.

Jak ktoś nie zna, a lubi mocne granie i klasykę metalowych koncepcji, to posłuchać musi.

Ocena: 7/10

Recenzja Bojadżijewa
Recenzja Wmichaela

Trupa Trupa

to kolejna kapela z Trójmiasta, której ostatniego albumu słucham od kilku tygodni i absolutnie mnie rozkłada na łopatki. Trójmiasto to wiadomo, kiedyś generowało awangardę, można by długo wymieniać, bla bla bla, a potem …przestałem śledzić. Aż tu nagle i Gówno i Towary Zastępcze i Trupa Trupa. Gdzie ja byłem przez ostatnich parę lat? Bo na pewno nie w Trójmieście. Czy Pustostany też z Trójmiasta, tego nie wiem. Wiem że lubię i postaram się sprawdzić.

Album Trupa Trupa nazywa się „++”, wcześniejszych „LP” i „EP” nie słyszałem (shame on you!). Zostałem potraktowany z buta od razu, bo I Hate, od którego album się zaczyna mocno daje w łeb. Dostaje się wszystkim, nawet papieżowi. Potem mamy Felicy, której harmonii wokalnych pozazdrościliby niejedni indierockowcy. I tak dalej, bla bla bla, recenzenckie klisze.

To co ogółem trzeba o tej płycie napisać, to ten mantrowy trans. Czy jest to wolniejszy kawałek, czy jest to szybka jazda, wciąż mamy pełną transowość, miejsce na improwizacje, szaleństwa Mikołaja Trzaski (Dei, Influence), Tomasza Ziętka na trąbce itd. Krótki i szybki See You Again kojarzy mi się z Arctic Monkeys, Influence spokojnie pasowałby do repertuaru Swans. Felicy koi zmysły, a Sunny Day absolutnie rozpierdala połączeniem muzyki i tekstu:

It’s a sunny day
Your grave upon a water

No właśnie. Your grave. Bo Trupa Trupa śpiewa o śmierci. Tu groby występują w ponad połowie płyty, tu śmierć czai się wszędzie, nie ma przebacz. W sumie to nie dziwi, bo o czym może śpiewać Trupa Trupa. Posłuchajcie sobie chociażby takiego See You Again. Wyczuwam tu pewien koncept, bo cała te śmiertelna tematyka nie pozostaje bez piętna po przesłuchaniu i powoduje wrażenie ciągłości, w dodatku cała ta transowość. Zresztą, może nie ma to nawet znaczenia, przecież We don’t exist at all

Przesłuchałem tego albumu mnóstwo razy. Jak sobie pomyślę jaką ten materiał ma moc koncertową, to aż mi nóżki zaczynają tupać, chodzić i przebierać. Chcę to, chcę to! Płyta w porównaniu do wcześniejszego pełnego albumu „LP” (nie znałem, nadrobiłem) jest dużo bardziej dopieszczona, chyba jednak dużo bardziej dopracowana jako całość. Dla mnie absolutna rewelacja.

A teraz drogie dzieci następuje koniec tej blogonotki. Wstajemy i biegniemy szybciutko zdobyć album i słuchać, słuchać, słuchać. Bo z takimi śmiertelnymi tekstami, z taką muzą, z takim brzmieniem i materiałem, to wstyd nie znać.

Projekt Recenzja: Baroness – Yellow and Green

Dziś nie jest dobry dzień na pisanie recenzji. Tym bardziej, że Bojadżijew zaskoczył. Słyszałem o Baroness, a nie słuchałem wcześniej Baroness. Bojadżijew zaproponował ich ostatni album.

Background historyczny albo faktograficzny przeczytacie sobie na innych internetach, tutaj będę próbował skupić się wyłącznie na muzyce zaproponowanej przez zespół na ostatnie płycie Żółte i Zielone. 

Płyta jest długa jak cholera. To podwójny album i w sumie zachodzę w głowę dlaczego. Ładne piosenki, ale strasznie ich dużo. Mój problem wiecznie polega na tym, że mój harmonogram dnia pozwala mi czasem w całości posłuchać jakiejś płyty, ale już dwóch albumów pod rząd nie. I problem miałem taki, że jak słuchałem gdzieś do połowy, potem włączałem tam gdzie skończyłem i w sumie nie wiedziałem czy nie jestem na początku. Płyta zlała mi się w całość. Musiałem się na niej mocno skupiać. Utwory, które potrafię przywołać z pamięci to „Little Things” (fajny, klimat jak New Order) i „Mtns. (The Crown and Anchor)”, ciekawy akustyczny motyw. 

W sumie płyty słucha się dość przyjemnie, jakby nie to że długa. Nie ma tam gitarowego łojenia, nie wiem czy wcześniej Baroness grali ostrzej (chyba tak) i nawet nie chciało mi się sprawdzać. Ale ta płyta jest w całości lekkostrawna. To muzyka dość lekka, spokojna, nie ma żadnych ścian dźwięku. Najbardziej mnie zdziwiła moja własna percepcja. Bo byłem pewny, że Baroness to muzyka dużo ostrzejsza i przy pierwszym włączeniu nawet zacisnąłem zęby, a tu delikatnie.

Słucha się tego niezobowiązująco, podejrzewam, że wciągnąłbym się bardziej gdyby był to pojedynczy album. Bo jednak przy takiej długości się znudziłem. A w sumie materiał jest fajny.

Wydaje mi się, że ta recka jest jakaś do dupy, ale taki dzień mam dzisiaj.

Ocena: 7/10

Recenzja Bojadżijewa
Recenzja Wmichaela

Po tamtej stronie

Trafiłem w internetach na wywiad z gościem z Łez. To taka grupa instrumentalno – wokalne. Wstyd nie znać. No i Adam Konkol to główny mózg Łez. Konkol opowiada to o Łzach i swojej muzyce, to o artystkach ze swojej firmy. No i są zajebiste hasła, już mu się chyba trochę pierdoli jedno z drugim.

 

Dyrektor Konkol o kontrakcie piosenkarki Alexandry:

Gdy Alexandra do nas przyjechała, nie miała na bilet autobusowy. W ciągu roku stała się dzięki nam gwiazdą, dostała od nas repertuar, promocję, wszystko. No i zarobiła krocie. Tymczasem pisze nam, że ograniczaliśmy się do wykonywania telefonów. (…) Mieliśmy umowę na trzy płyty i „The Best Of”, a także punkt o karze za jej zerwanie, 100 tysięcy euro. I o tyle się będziemy sądzić.

Umowa na trzy płyty plus The Best Of. No dobra, to zobaczmy co o taki umowach sądzi artysta Konkol:

Dodatkowo firma Universal Music Polska totalnie położyła promocję. Nie zrobiła niczego, czego bym sam nie potrafił zrobić. Rozesłali jakiś mailing, wyprodukowali po zawyżonych kosztach teledysk i zrobili sesję zdjęciową. Na szczęście deal był jednopłytowy, co jest u nas rzadkie, bo wytwórnie lubią blokować artystów.

Normalnie lepiej niż Glaca. Na koniec ostatni fragment wywiadu. Arysta i dyrektor Konkol mówi o sobie:

A może problem trudnych relacji tkwi w tobie?

Nie sądzę. Jestem podobno zupełnie bezkonfliktowy. Nie ukrywam jednak, że mam pecha do ludzi toksycznych.

To pech.

Projekt Recenzja: Towary Zastępcze – Długa Przerwa

Jak zwykle nie wiem jak zacząć. Teoretycznie powinienem strzelić jakieś info biograficzne, więc może kilka słów. Towary Zastępcze to zespół z Trójmiasta. Koniec info biograficznego. Resztę sobie doczytajcie na Wiki, albo na stronie zespołu, albo u moich szanownych kolegów recenzentów. Towary na rateyourmusic mają łatkę „poetry”, a to wiadomo, strach. I tu odsyłam do dwóch pierwszych albumów. Z kolei na Wiki znajdujemy kolejne cenne info:

W pierwszym okresie działalności Towary Zastępcze były zespołem programowo i manifestacyjnie unikającym tworzenia jakiejkolwiek muzyki.

I co? I co? I hura!! Hura!! Nie udało się!! Ich ostatni album, wydany niedawno, „Długa Przerwa” przynosi nam dość ciekawą historię. Chociaż może nie historię, a właściwie wspomnienia. I do tego muzyka.

I widzę na własne oczy, widzę jak dziś, kiedy kupujemy we trzech naszą pierwszą paczkę fajek. Wypalamy całą jednego dnia, czaimy się, chowamy, ja wypaliłem chyba z 7. Wszystkie ukradkiem (Podchody). Jezu, jak mnie potem bolała głowa. Pamiętam opowieści o tym co co kto i jak i dlaczego najwięcej, najlepiej. A jeden z moich kumpli, to nawet opowiadał, że jego ojciec posiada paszport uprawniający do podróży do krajów kapitalistycznych. Ho ho, to prawie jak Ameryka (Ameryka). Co tam polityka, co tam strajki, reformy, cała publiczna bieżączka (Nieśmiertelni). Mnie wprawdzie nie straszono czarną wołgą, ale wiem, że to dość znany mem. Chyba głównie w kręgach miejskich. Na wsi strachy były inne. Pamiętam automaty, pamiętam wakacje w Okunince, prawie co roku i tamtejsze salony gier (Piksele). Pamiętam długie przerwy w szkole, pamiętam pierwsze dyskoteki, przytulane tańce, jedwab, pamiętam dużo. I tylko gdyby chciało się nam tak dalej poznawać świat, tak przeć po swoje. Gdyby chciało się nam tak jak nam się nie chce (Gdyby Chciało się Nam).

„Długa Przerwa” to nostalgia za całym pacholęcim dzieciństwem. Za gówniarzerią, za latami 80. Czasem ta nostalgia jest pogodna, czasem przeradza się w melancholię (Długa Przerwa). Moje dzieciństwo wyglądało może trochę inaczej niż chłopaków z Towarów, ja ze wsi jestem i jednak miejskie i wiejskie dzieciaki miały inne rozrywki. Ale grunt to ta cała nostalgia. Album jest utrzymany w delikatnie punkowej estetyce. Prawie jak dansing dla trzydziestoparolatków. Można pośpiewać, można nóżką potupać, można się poprzytulać. Wracamy do dzieciństwa panie i panowie.

Towary Zastępcze osiągnęły coś, czego zawsze pożądam w muzyce. Mianowicie cały koncept tekstowy znakomicie pasuje do muzyki. Tu nie ma żadnych popisów, żadnych poważnych deklamacji. Zwykła dziecięca radocha przeplatana dorosłym już spojrzeniem na całe te gówniarskie życie. Wracam tam z dziką rozkoszą, do tamtych czasów, do tej beztroski. Idzie się w tym zanurzyć, idzie się w kielichu podtopić, a jak wiadomo przy kielichu nostalgia wygrywa w cuglach. Bo ten gówniarz co siedzi w nas, czasami się budzi i wtedy jest fajnie, ale jednak z czasem zabawa w podchody staje się coraz trudniejsza. Gnojki się tak pochowały, że nie idzie ich znaleźć.

No dobra, koniec tej imprezy. Dopijamy drinki i spadamy. Chyba że pójdziemy na całość (Przesilenie).

Ocena: 8/10

Recenzja Bojadżijewa
Recenzja Wmichaela

Projekt Recenzja: Suicidal Tendencies – 13

Tendencje Samobójcze wydały nowy album. Można się było na przestrzeni ostatni paru lat tego spodziewać, jeśli ktoś śledził wypowiedzi Mike’a. Trasa, byli przecież w Polsce, więc płyta jest jakby zwieńczeniem działalności. Zero zdziwień. Druga sprawa to to, kto czego po tym albumie oczekiwał. Gdyby nie propozycja Wmichaela, pewnie obszedłbym ten album szerokim łukiem. Podobały mi się „Art of Rebelion”, troszkę mniej „Lights… Camera… Revolution”. Reszty w ogóle nie lubiłem, byłem wielkim fanem hardcore’a, ale tego nowojorskiego, to była moja muzyka. Do Suicidal podchodziłem zawsze trochę ostrożnie. Koleś jakoś tak dziwnie śpiewał, wysokim głosem. No nie wiem, nie wiem. Byłem wtedy młodym twardzielem. Gdzie tam wysokie zaśpiewy.

No i nic się nie zmieniło. Chłopaki grzeją jak grzali, szybkie hardcorowe numery. Brakuje mi tylko na tej płycie kawałków, które będą się znacznie wyróżniać. Takie, które zostają w głowie po przesłuchaniu, które przykuwają uwagę. Na „Art of Rebelion”  było takich pełno. Na „13” nie wiem. Jest Smash It, jest This Aint a Celebration i to właściwie wszystko co mi zostaje w głowie po przesłuchaniu tego albumu. Zlewa się w jedną całość. Słowem – płyta nie powala. No i przede wszystkim brakuje tych funkowych basów, takiego pulsu, który był tak charakterystyczny dla „Art of Rebelion”

Zastanawiam się nad motywami nagrania takiego albumu. Bo ze starego składu jest tylko Mike, więc powrót do fajnej atmosfery tamtych lat odpada. Chyba że nowa ekipa to tacy fajni ludzie, że Mike postanowił z nimi poszaleć i nagrać nową muzykę, bo szkoda mu było takiego składu bez nagrania materiału. Druga opcja to taka, że skoro jest trasa, to może nowy materiał na koncerty. Trzecia zaś, to szuflady zawalone starymi piosenkami. I tu refleksja na temat takich kapel: bo ST prochu nie odkrywają, nigdy nie odkrywali, więc konserwatyzm to raczej ich domena. I nie traktuję tego jako wady, ale jako punkt wyjścia do takiej myśli, że nigdy nie rozpoznasz co właściwie jest odrzutem z której sesji. Zresztą, może się czepiam, ale jak słucham „Absolute Power” Pro Pain z 2010 roku, to jednak wydaje mi się, że Gary Meskill idzie do przodu. Ale nie jestem w kwestii Pro Pain obiektywny, bo byłem ich wielkim fanem dawno temu w latach 90 😉

Pora jakoś spiąć to w klamrę. Muzyki na nowej płycie Suicidal Tendencies nie ma co opisywać, bo jak ktoś nie zna, to pewnie raczej pomylił blogi. Materiał taki sobie, fani Cyco Mike’a będą chyba zadowoleni. Jest szybko, jest do przodu, są nowe piosenki. Może gdybym je usłyszał na koncercie, to bym inaczej patrzył. Płyta średnio mi się podobała, ale też nie odrzuciła, więc jakby remis. Zastanawiam się tylko nad jednym. Ja kiedyś byłem sporym fanem hardcore’a i jak słucham nowych płyt tuzów tego gatunku (a recenzowaliśmy już Pronga), to myślę czy aby na pewno ta muzyka była kiedyś taka fajna, czy może po prostu trafiła na podatny grunt? Albo to ja jestem stary i w takich klasycznych gatunkach lat 90 jestem na etapie „nostalgia”.

Ocena: 6/10

Recenzja Bojadżijewa
Recenzja Wmichaela