Projekt Recenzja – Lux Occulta „Kołysanki”

Tym razem Szubrycht. Wcześniejsze dokonania Lux Occulty są mi całkiem nieznane, więc nie będę miał dla nowego albumu żadnego punktu odniesienia. I dobrze bo nawet nie zamierzam sięgać do starych nagrań. Ponoć straszą.

Na nowej płycie też nie jest wesolutko. Takie to kołysanki pogańskie dość, wiocha jakaś taka przygnębiona skoro sobie kołysanki o spalonych wioskach śpiewam, fiat karawanem i jeszcze coś po francusku tu i tam. Pewnie egzorcyzmy. Taka to zawartość.

Muzycznie dużo sampli, elektroniki, akordeo, trochę gitar. Szubrycht sobie recytuje, mruczy, gada, dwoi się i troi. Ostre gitary pojawiają się rzadko, ale jak już się pojawiają, to jestem na nie Samuel wraca do domu. To co mi jeszcze nie pasuje, to całe to mruczanko Szubrychta. Nie wiem jak on wcześniej śpiewał, ale tutaj nic nie udaje, nie sili się na nie wiadomo jakie brzmienia wokalu, tylko po prostu robi swoje. Brawa za brak kompleksów, ale jednak mi trochę to jego gadanie/śpiewanie uwiera. Wolę momenty kiedy pełno jest jakichś sampli czy to francuskiego gadania czy folkowych zaśpiewów.

W ogóle cały album jest utrzymany w klimacie folkowym. Teraz wraca moda na folk, co jest mi bardzo miłe sercu bo lubię folk. Folku jednak ciężko się słucha, szczególnie klasycznego, a tu proszę, mamy renesans, młodzi grają, starzy grają, a wszystko z elektroniką, szumami, noisami. No pięknie. Chwilo trwaj. W Lux Occulta podobnie, tylko tu niewiele noisu (no może początek Karawanem Fiat). Sporo za to elektroniki i akordeonu, co komponuje się świetnie.

Taka konkluzja mnie nachodzi, że Lux Occulta chyba osiągnęli co chcieli osiągnąć bo płyta stanowi pewną tajemnicę. Zaczynam słuchać, w pewnym momencie się nudzę, potem znowu zaczyna zaciekawiać, robi się misterna, aż wreszcie nie zauważam kiedy się kończy. Zupełnie jakbym włączał i w trakcie jej trwania zasypiał. Kołysanki. Koncept wyborny, wybornie zrealizowany. Aha, właśnie mi się przypomniało czemu mnie drażnią wokale Szubrychta. Bo mi czasem przypominają barwę głosy Glacy, kiedy pierdoli te swoje frazesy w Sweet Noise i innych projektach. Ale tylko troszkę przypomina. No ale cóż począć, jak już zaśniesz po kołysankach, to sen jest snem. łatwo nie zapanujesz. A w ogóle Karawanem Fiat to zajebisty kawałek.

Płyta fajna, można w ciemno słuchać. Przede wszystkim można słuchać wiele razy. Jest konkretny, jasny pomysł i solidne wykonanie. Ciekawy jestem czy to taki jednorazowy wybryk Lux Occulty i znowu zamilkną na lata, czy też może pociągną takie eksperymenty. Potencjał jest. Powinienem dać 7, ale dam

8/10

bo włączyłem sobie Karawanem Fiat. Specjalnie włączyłem. Żeby zawyżyć ocenę. Dobranoc Państwu.

Recenzja Bojadżijewa
Recenzja Wmichaela

Reklamy

Recenzja

Mija właśnie dwa lata od początku Projektu Recenzja. Projekt, który zmienił w ogóle blogosferę (hahaha) mojego bloga. Bo jakoś od czasu tego projektu trochę mi się tutaj zamuliło. Pisać mi się nie chce, bo jakoś nie bardzo wiem o czym. Chyba sobie zacznę kpić. A recenzje? Męczące to cholerstwo. Naczytałem się recek mnóstwo, napisałem sam mnóstwo gównianych itd. itp. Zakładając sobie napisanie tej notki miałem w planach podliczenie ile dałem piątek, trójek i innych, ale nagle coś mnie oświeciło, że przecież mi się nie chce. Jedynie co widzę po tych reckach to dość dobre oceny. Nie miałem serca zjebać niektórych rzeczy bardziej, a na pewno się należało.

I w ogóle to mi się właśnie odechciało pisać tę notkę. I zdałem sobie sprawę, że ta notka wcale nie jest o recenzjach, tylko o mnie.

Podsumowując, w internecie jest tyle gównianych recek, że moje nie są już w tym szambie potrzebne. Poza tym mam spore wątpliwości czy ktoś je w ogóle jeszcze czyta. No dobra, może ostatni akapit.

Projekt Recenzja: Solctice – Lamentations

W skandynawskiej mitologii istnieje bardzo ciekawe pojęcie „Ragnarok”. Jest to krótko mówiąc wojna pomiędzy bogami a olbrzymami. Bitwa to była wielka i nieunikniona, prędzej oczy pózniej musiało do niej dojść. A działy się rzeczy niebywałe. Odyn został zjedzony przez wilka (olbrzyma) Fenrira. Fenrir, wyobraźcie sobie, zjadł tez słońce i wszystko co napotkał na swojej drodze. Po prostu szedł sobie z otwartą paszczą i pożerał. Fenrira zabił w końcu syn Odyna, Vidarr, rozwierając paszczę wilka jeszcze bardziej i godząc go w serce. Inny z synów Odyna, Thor też miał swój udział w Ragnaroku. Thor to był mężny i prężny bóg, dość wysoki, prawie olbrzym. Miał swój młot, najpierw walił tym młotem, potem ewentualnie pytał, a na końcu dopiero myślał. I dlatego ludzie go lubili. Był opiekunem ziemi. Był też bogiem burzy, piorunów oraz patronem rolnictwa. Miał złotowłosą żonę Stir, miał kochankę, miał syna, miał córkę.

Głównym przeciwnikiem Thora był pewien wąż, który zaliczał się do olbrzymów. Nazywał się Jormungadr i pływał w wodzie, a był tak wielki, że mógł owinąć się wokół całej ziemi i spokojnie wziąć w pysk swój ogon. Pierwszy raz Thor miał z nim do czynienia jak poszedł na ryby ze swoim kumplem olbrzymem Hymirem. Thor jako przynętę wrzucił barani łeb i złapał się na to właśnie Jarmungadr. Thor wyciągnął go na łódkę i zaczął okładać po głowie swoim młotem. Jarmungadr niestety się zerwał, ale wieść niesie, ze to Hymir odciął linkę, ponieważ bał się …Ragnaroku.

Oczywiście nic to nie zmieniło, bo Ragnarok i tak się odbył. I właśnie wtedy miało miejsce drugie spotkanie Thora z wężem. Thor walczył z nim zaciekle. Pokonał Jarmungadra, ale niestety został zatruty jadem węża. Po pokonaniu olbrzymiego gada zdołał ujść jedynie 9 kroków.

I o tym właśnie jest ta płyta. O tych dziewięciu krokach Thora. Zwycięski, ale i pokonany, krwawiący, cierpiący, pełen mieszanych uczuć. Jego dusza krwawi, jego serce krwawi, jego świat się wali, a przede wszystkim słońce przestaje świecić i nastała ciemność. Bo oto jedynie 9 kroków dzieli od śmierci opiekuna ziemi. Thor kona i dobrze o tym wie, Thor roni łzę na miłością, która wraz ze śmiercią przepada, Thor wypowiada ostatnie życzenie, wreszcie Thor odchodzi w ciemność. Za ciemny horyzont.

Tytuł płyty – Lamentetions. Okłada – łódź wikingów. Stare czasy (lata 90 nie były w poprzedniej dekadzie), kapele wtedy często bawiły się w koncepty. Teraz też się niby bawią, ale teraz szybki gugiel i wiadomo o co chodzi. Wcześniej to jak człowiek nie kupił płyty to nie wiedział, a czasem nawet jak kupił, to musiał sam szukać analogii. Przyznam, że jak sobie przeglądałem wiedzę na temat mitologi skandynawskiej i tych wszystkich bogach, to tak jakbym czytał jakiś bryk po metalowych kapelach. Same nazwy metalowych kapel, praktycznie wszystko: imiona bogów, olbrzymów, krain itd. A tutaj jeszcze ten Thor. Thor, który zatruty jadem robi dziewięc kroków i pada trupem. I zapada ciemność (bo Fenrir zeżarł też słońce).

Dość ciekawa koncepcja, przyznam, bo te 9 korków to czas na bardzo głębokie refleksje. Niby 9 kroków, a jaki to dystans do przemyśleń. Czytając teksty pojawiają się tam: krew, łzy, ciemność, zmierzch, serce, dusza czyli pełno górnolotnych frazesów, no ae nie rozliczajmy boga w chwili mierci. W końcu z myślenia nie był on najlepszy. Najlepszy był z walenia po łbie, za to ludzie go lubili, w tym miał kunszt, więc nie dziwi, ze jak przychodzą refleksje, to pojawi się patos.

Przejdźmy do muzyki. Cóż tu napisać? Nie podobała mi się zbytnio i tyle. Klasyczne granie lat 90. Perkusyjne akcenty o głębokim brzmieniu, wolne riffy, solówki (koniecznie!), i śpiew wokalisty. Tak, tak, śpiew. To nie growl, nie krzyk, tylko śpiew. W ogólnym rozrachunku wokal na plus, ale cała reszta w ogóle mnie nie kręci. Jeden akustyczny kawałek (Empty lies oaken throne), co też wymowne, bo taki smutny akustyk o pustym debowym tronie. A dąb to symboliczne drzewo Thora. I tak dalej. Kto lubi, ten lubi, ja nie bardzo.

A teraz do szanownych kolegów recenzentów. Jeśli ten koncept z Thorem jest prawdziwy, to flaszeczka dla mnie, bo nigdzie nic o tym nie wyczytałem, wkładki tez nie widziałem (słuchałem ze streamu). Jedyne co miałem to okładka i teksty. Fakt, że tytuł ostatniego kawałka na albumie (Ragnarok) sporo ułatwia. Podsumowując, płyta nie najlepsza jak dla mnie. Wokalnie jest zdecydowanie do przodu w porównaniu do tego, co wtedy królowało (tak myśle), ale prochu nie odkrywa. Muzycznie dość nudna, bo kawałki do siebie podobne i w podobny sposób grane. Po tym wszystkim miałem dać piątkę, ale jak się wciągnąłem w czytanie tej mitologii, w rozwiązywanie tego rebusa, to daje wyżej, bo szczerze mówiąc bawiłem się świetnie szukając tych analogii. Być może to błędna interpretacja, ale może nie. Pewnie we wkładce jest wiecej na ten temat, może potwierdzenie, może zaprzeczenie mojej interpretacji. Ale to najwyżej ktoś mi wytknie. Najpewniej Wmichael, bo w końcu to jego propozycja, więc pewnie u niego ta płyta na zasadzie nostalgii. W sumie się nie dziwię, bo w wieku średniackim takie mitologiczne historie plus muza, którą się lubi, to miód na uszy.

Jak ktoś nie zna, a lubi mocne granie i klasykę metalowych koncepcji, to posłuchać musi.

Ocena: 7/10

Recenzja Bojadżijewa
Recenzja Wmichaela

Projekt Recenzja: Baroness – Yellow and Green

Dziś nie jest dobry dzień na pisanie recenzji. Tym bardziej, że Bojadżijew zaskoczył. Słyszałem o Baroness, a nie słuchałem wcześniej Baroness. Bojadżijew zaproponował ich ostatni album.

Background historyczny albo faktograficzny przeczytacie sobie na innych internetach, tutaj będę próbował skupić się wyłącznie na muzyce zaproponowanej przez zespół na ostatnie płycie Żółte i Zielone. 

Płyta jest długa jak cholera. To podwójny album i w sumie zachodzę w głowę dlaczego. Ładne piosenki, ale strasznie ich dużo. Mój problem wiecznie polega na tym, że mój harmonogram dnia pozwala mi czasem w całości posłuchać jakiejś płyty, ale już dwóch albumów pod rząd nie. I problem miałem taki, że jak słuchałem gdzieś do połowy, potem włączałem tam gdzie skończyłem i w sumie nie wiedziałem czy nie jestem na początku. Płyta zlała mi się w całość. Musiałem się na niej mocno skupiać. Utwory, które potrafię przywołać z pamięci to „Little Things” (fajny, klimat jak New Order) i „Mtns. (The Crown and Anchor)”, ciekawy akustyczny motyw. 

W sumie płyty słucha się dość przyjemnie, jakby nie to że długa. Nie ma tam gitarowego łojenia, nie wiem czy wcześniej Baroness grali ostrzej (chyba tak) i nawet nie chciało mi się sprawdzać. Ale ta płyta jest w całości lekkostrawna. To muzyka dość lekka, spokojna, nie ma żadnych ścian dźwięku. Najbardziej mnie zdziwiła moja własna percepcja. Bo byłem pewny, że Baroness to muzyka dużo ostrzejsza i przy pierwszym włączeniu nawet zacisnąłem zęby, a tu delikatnie.

Słucha się tego niezobowiązująco, podejrzewam, że wciągnąłbym się bardziej gdyby był to pojedynczy album. Bo jednak przy takiej długości się znudziłem. A w sumie materiał jest fajny.

Wydaje mi się, że ta recka jest jakaś do dupy, ale taki dzień mam dzisiaj.

Ocena: 7/10

Recenzja Bojadżijewa
Recenzja Wmichaela

Projekt Recenzja: Towary Zastępcze – Długa Przerwa

Jak zwykle nie wiem jak zacząć. Teoretycznie powinienem strzelić jakieś info biograficzne, więc może kilka słów. Towary Zastępcze to zespół z Trójmiasta. Koniec info biograficznego. Resztę sobie doczytajcie na Wiki, albo na stronie zespołu, albo u moich szanownych kolegów recenzentów. Towary na rateyourmusic mają łatkę „poetry”, a to wiadomo, strach. I tu odsyłam do dwóch pierwszych albumów. Z kolei na Wiki znajdujemy kolejne cenne info:

W pierwszym okresie działalności Towary Zastępcze były zespołem programowo i manifestacyjnie unikającym tworzenia jakiejkolwiek muzyki.

I co? I co? I hura!! Hura!! Nie udało się!! Ich ostatni album, wydany niedawno, „Długa Przerwa” przynosi nam dość ciekawą historię. Chociaż może nie historię, a właściwie wspomnienia. I do tego muzyka.

I widzę na własne oczy, widzę jak dziś, kiedy kupujemy we trzech naszą pierwszą paczkę fajek. Wypalamy całą jednego dnia, czaimy się, chowamy, ja wypaliłem chyba z 7. Wszystkie ukradkiem (Podchody). Jezu, jak mnie potem bolała głowa. Pamiętam opowieści o tym co co kto i jak i dlaczego najwięcej, najlepiej. A jeden z moich kumpli, to nawet opowiadał, że jego ojciec posiada paszport uprawniający do podróży do krajów kapitalistycznych. Ho ho, to prawie jak Ameryka (Ameryka). Co tam polityka, co tam strajki, reformy, cała publiczna bieżączka (Nieśmiertelni). Mnie wprawdzie nie straszono czarną wołgą, ale wiem, że to dość znany mem. Chyba głównie w kręgach miejskich. Na wsi strachy były inne. Pamiętam automaty, pamiętam wakacje w Okunince, prawie co roku i tamtejsze salony gier (Piksele). Pamiętam długie przerwy w szkole, pamiętam pierwsze dyskoteki, przytulane tańce, jedwab, pamiętam dużo. I tylko gdyby chciało się nam tak dalej poznawać świat, tak przeć po swoje. Gdyby chciało się nam tak jak nam się nie chce (Gdyby Chciało się Nam).

„Długa Przerwa” to nostalgia za całym pacholęcim dzieciństwem. Za gówniarzerią, za latami 80. Czasem ta nostalgia jest pogodna, czasem przeradza się w melancholię (Długa Przerwa). Moje dzieciństwo wyglądało może trochę inaczej niż chłopaków z Towarów, ja ze wsi jestem i jednak miejskie i wiejskie dzieciaki miały inne rozrywki. Ale grunt to ta cała nostalgia. Album jest utrzymany w delikatnie punkowej estetyce. Prawie jak dansing dla trzydziestoparolatków. Można pośpiewać, można nóżką potupać, można się poprzytulać. Wracamy do dzieciństwa panie i panowie.

Towary Zastępcze osiągnęły coś, czego zawsze pożądam w muzyce. Mianowicie cały koncept tekstowy znakomicie pasuje do muzyki. Tu nie ma żadnych popisów, żadnych poważnych deklamacji. Zwykła dziecięca radocha przeplatana dorosłym już spojrzeniem na całe te gówniarskie życie. Wracam tam z dziką rozkoszą, do tamtych czasów, do tej beztroski. Idzie się w tym zanurzyć, idzie się w kielichu podtopić, a jak wiadomo przy kielichu nostalgia wygrywa w cuglach. Bo ten gówniarz co siedzi w nas, czasami się budzi i wtedy jest fajnie, ale jednak z czasem zabawa w podchody staje się coraz trudniejsza. Gnojki się tak pochowały, że nie idzie ich znaleźć.

No dobra, koniec tej imprezy. Dopijamy drinki i spadamy. Chyba że pójdziemy na całość (Przesilenie).

Ocena: 8/10

Recenzja Bojadżijewa
Recenzja Wmichaela

Projekt Recenzja: Suicidal Tendencies – 13

Tendencje Samobójcze wydały nowy album. Można się było na przestrzeni ostatni paru lat tego spodziewać, jeśli ktoś śledził wypowiedzi Mike’a. Trasa, byli przecież w Polsce, więc płyta jest jakby zwieńczeniem działalności. Zero zdziwień. Druga sprawa to to, kto czego po tym albumie oczekiwał. Gdyby nie propozycja Wmichaela, pewnie obszedłbym ten album szerokim łukiem. Podobały mi się „Art of Rebelion”, troszkę mniej „Lights… Camera… Revolution”. Reszty w ogóle nie lubiłem, byłem wielkim fanem hardcore’a, ale tego nowojorskiego, to była moja muzyka. Do Suicidal podchodziłem zawsze trochę ostrożnie. Koleś jakoś tak dziwnie śpiewał, wysokim głosem. No nie wiem, nie wiem. Byłem wtedy młodym twardzielem. Gdzie tam wysokie zaśpiewy.

No i nic się nie zmieniło. Chłopaki grzeją jak grzali, szybkie hardcorowe numery. Brakuje mi tylko na tej płycie kawałków, które będą się znacznie wyróżniać. Takie, które zostają w głowie po przesłuchaniu, które przykuwają uwagę. Na „Art of Rebelion”  było takich pełno. Na „13” nie wiem. Jest Smash It, jest This Aint a Celebration i to właściwie wszystko co mi zostaje w głowie po przesłuchaniu tego albumu. Zlewa się w jedną całość. Słowem – płyta nie powala. No i przede wszystkim brakuje tych funkowych basów, takiego pulsu, który był tak charakterystyczny dla „Art of Rebelion”

Zastanawiam się nad motywami nagrania takiego albumu. Bo ze starego składu jest tylko Mike, więc powrót do fajnej atmosfery tamtych lat odpada. Chyba że nowa ekipa to tacy fajni ludzie, że Mike postanowił z nimi poszaleć i nagrać nową muzykę, bo szkoda mu było takiego składu bez nagrania materiału. Druga opcja to taka, że skoro jest trasa, to może nowy materiał na koncerty. Trzecia zaś, to szuflady zawalone starymi piosenkami. I tu refleksja na temat takich kapel: bo ST prochu nie odkrywają, nigdy nie odkrywali, więc konserwatyzm to raczej ich domena. I nie traktuję tego jako wady, ale jako punkt wyjścia do takiej myśli, że nigdy nie rozpoznasz co właściwie jest odrzutem z której sesji. Zresztą, może się czepiam, ale jak słucham „Absolute Power” Pro Pain z 2010 roku, to jednak wydaje mi się, że Gary Meskill idzie do przodu. Ale nie jestem w kwestii Pro Pain obiektywny, bo byłem ich wielkim fanem dawno temu w latach 90 😉

Pora jakoś spiąć to w klamrę. Muzyki na nowej płycie Suicidal Tendencies nie ma co opisywać, bo jak ktoś nie zna, to pewnie raczej pomylił blogi. Materiał taki sobie, fani Cyco Mike’a będą chyba zadowoleni. Jest szybko, jest do przodu, są nowe piosenki. Może gdybym je usłyszał na koncercie, to bym inaczej patrzył. Płyta średnio mi się podobała, ale też nie odrzuciła, więc jakby remis. Zastanawiam się tylko nad jednym. Ja kiedyś byłem sporym fanem hardcore’a i jak słucham nowych płyt tuzów tego gatunku (a recenzowaliśmy już Pronga), to myślę czy aby na pewno ta muzyka była kiedyś taka fajna, czy może po prostu trafiła na podatny grunt? Albo to ja jestem stary i w takich klasycznych gatunkach lat 90 jestem na etapie „nostalgia”.

Ocena: 6/10

Recenzja Bojadżijewa
Recenzja Wmichaela

Projekt Recenzja: Ihsahn – Eremita

Gdyby nie fakt, że Bojadżijew po paru głębszych wtajemniczył mnie w propozycję recenzencką trochę wcześniej, to Eremity podchodziłbym z obawami. Przecież Ihsahn to lider legendarnego Emperora. A Emperor to jest black metal, to jest zło, to jest szatan, to jest okultyzm, to jest czyste evil i w ogóle fear fear fear. Emperora to ja właściwie nigdy nie sluchałem. Przecież to samo zło, fear fear fear, więc skąd mógłbym wiedzieć co tam sobie lider wyrabia solo. Skoro lider, to pewnie ciągnie dalej to co zaczął.

A tu niespodzianka (hehe, skąd mam wiedzieć czy niespodzianka, skoro Emperora nie znam). Płyta za pierwszym razem odrzuciła mnie bardzo, bo to jest taki eklektyczny metal. Ja średnio to lubię, ale wiadomo, pierwsze przesłuchanie jest takim nawet nie przegryzieniem, ale polizaniem tematu. Posluchałem z czym będę miał do czynienia przy następnych przesłuchaniach. A przy następnych…

Solidne brzmienie, solidne kompozycje, zwarte, przemyślanie. Jazzowy saksofonista na liście płac (Jurgen Munkeby, nie wiem kto zacz). Chwytliwy „The Paranoid”, ładny „the Eagle and The Snake”. I saksofon, spokojny „Catharsis” też z saksofonem, blackowy „Something Out there” ze spokojnym refrenem, rozjechanymi solami, symfoniczny „Grief”, a w ostatnim kawałku śpiewa nawet dziewczyna, z tego co wiem partnerka życiowa naszego bohatera Ihsahna.

W dzisiejszej recenzji nie będę lał wody, bo ta płyta to nie jest materiał dla mnie. Nie bardzo umiem w takich sytuacjach pisać o muzie. Mogę hejterzyć, owszem, ale… tu nie ma co hejterzyć. Płyta to kawał solidnej muzyki, eklektycznej, dobrze brzmiącej. Saksofon dodaje jej dużo kolorytu. ihsahn nie tylko drze się i growluje, ale śpiewa ładnie (tam w jednym z kawałków śpiewa jeszcze ktoś inny, ale nie pytajcie mnie kto). Sporo tutaj odwołań do klasycznego heavy metalu, przynajmniej ja to tak słyszę. Niewiele jest tutaj słabych punktów, kawał solidnej muzycznej roboty, przede wszystkim ciekawej kompozycyjnie. W teksty niestety się nie wgłębiałem, ale o szatanie nigdzie tutaj nie słyszałem (to wzmianka dla malkontentów). Dla fanów ciężkiej muzyki nie bojących się eksperymentów jest to pozycja obowiązkowa, dla twardogłowych to pewnie zdrada ideałów. Ale chuj w dupę twardogłowym.

Ocena: 8/10

Recenzja Bojadżijewa
Recenzja Wmichaela

Projekt Recenzja: Spectrum Meets Captain Memphis – Indian Giver

Przyznam szczerze, że dobierając albumy do projektu recenzja mam czasem nie lada problem. Bo miałem parę rzeczy innych dać, ale w ostatniej chwili wpadł mi w ręce ten album. Spectruma czyli kolesia o pseudonimie Sonic Boom nie znałem, nie znałem też Jima Dickinsona. A skoro nie znałem, to posłuchajmy.

Album zrobił na mnie świetne pierwsze wrażenie. To połączenie starego, korzennego bluesa z elektroniką i muzyką melodyjną, gitarową. Płyta ewidentnie dzieli się na dwie części. Najpierw utwór o melodyce Spectruma czyli Spacemen 3 czy nawet Spiritualized. Potem utwór zanurzony w bluesie z różnymi przeszkadzajkami elektronicznymi. Najlepiej o tym świadczy początek płyty, pierwszy trzy utwory. Szczególnie drugi „The Lonesome Death of Johny Ace” robi piorunujące wrażenie. Długi, monotonny blues podszyty elektroniką. Wow, mnie rozłożył na łopatki. Potem mamy typowo Spectrumowy kawałek „Take Your Time”, a potem …album cały czas powtarza swój schemat, i tak już do końca. Stąd właśnie dobre pierwsze wrażenie, później niestety jest już trochę gorzej.

Najbardziej irytujące są repetycje. Utwory ciągną się w nieskończoność powtarzając cały czas to samo. O ile są to takie utwory jak wymienione w poprzednim akapicie, to słucha się z przyjemnością. Ale kiedy pomysłów zaczyna brakować, to okazuje się, że trudno się tego słucha za każdym następnym razem, bo trzeba przebrnąć przez te wszystkie repetycje, ten cały shoegaze’owy klimat. Męczące i płyta traci cały swój atut.

Dobra, ponarzekałem, a to w sumie nowość, że ktoś z naszej trójki recenzentów narzeka na płytę, którą sam zaproponował do recenzji, w związku z tym pora na wytłumaczenie. Wybrałem ten album do recki głównie z jednej przyczyny. Ten album łączy w sobie nurty bluesowego, korzennego grania z elektroniką. Stara muzyka pożeniona z nową. W tych bluesach Jima Dickinsona słychać typową amerykańską, momentami indiańską, ludową mantrę, jakby wszystko było wykąpane w pejotlu. W tej muzyce słychać pustynie, kaktusy i w ogóle amerykańskie krajobrazy. Momentami Jim Dickinson brzmi jak T Bone Burnett, ale to niestety wszystko. Cały ten album ma niezwykły potencjał, ale nie cały został wykorzystany, nad czym niestety boleję. Bardzo chciałbym żeby panowie spotkali się ponownie, bo Indian Giver to album z 2008 roku, więc może się jeszcze okazja trafi. Pierwsze trzy utwory pokazują czym mogłaby być ta płyta, gdyby nie była tym, czym jest. Potencjał był, ale utknął w piachu. Ocena głównie za pierwsze trzy kawałki, chociaż właściwie to za „Lonesome Death of Johny Ace” bo przyprawia mnie o ciary na plecach.

Ocena: 7/10

Recenzja Wmichaela
Recenzja Bojadżijewa

Projekt Recenzja: David Bowie – The Next Day

Jest wreszcie nowy David. Na kolana. Każdy album Davida Bowie to wydarzenie, tak jest i tym razem. Ja miałem z Davidem Bowie trochę jak Bartek Chaciński. Ziggy owszem, Outside też, ale z resztą wieczny problem. Niby tak, świetne albumy, świetna muzyka, ale jednak nie za długo sie wsłuchiwałem. Teraz nowy album z obowiązku przesłuchałem mnóstwo razy. I co?

I trochę zawód, niestety jak zwykle. Muzyka na nowym albumie niewiele się różni od tej, która była na dwóch poprzednich płytach (chyba, bo szczerze przyznam, że nie zdążyłem się przygotować z dyskografii). Nagrana w podobnym składzie. Nie sili się Bowie na stworzenie monumentalnego dzieła. Mam wrażenie, że to płyta nagrana z potrzeby grania po prostu, z chęci przypomnienia o sobie, może będzie jakaś trasa. Utwory są momentami chwytliwe, melodyjne, ale szczerze mówiąc ciężko mi się je wyławia z pamięci. Płyta mija mnie gdzieś obok, przelatuje i nie bardzo mam ochotę włączyć raz jeszcze.

Są kawałki, przy których miałem większe ożywienie („The Next Day”, „Valentine’s Day”, „(You Will) Set the World on Fire”).  Reszta jakoś dziwnie nijaka, podobna. Pierwszy singiel z płyty („Where Are We Now?”) z kolei kompletnie mnie nie przyciąga. No problem mam i tyle. Z Davidem jest tak, że on może właściwie wszystko. Płyta nie schodzi poniżej pewnego poziomu, a bez względu na wszystko i tak Bowie będzie na językach, będzie płyta roku (bo przecież 10 lat), będą laury, będą ochy. Moje zdanie niewiele tu zmieni, a prawda jest taka, że dla mnie Bowie musiałby naprawdę nagrać coś kompletnie odjechanego żebym zwrócił uwagę i wchłonął to w całości. Słuchając The Next Day wiem, że dla fanów ten album to będzie killer absolutny, ale mam też wrażenie, że dla pozostałych to będzie po prostu kolejny album w dorobku Bowiego. No i jakoś słabo się do niego tańczy. Dramatycznie próbowałem się czegoś na tej płycie uczepić, żeby ją bardziej polubić. Nie udało się. I tak sobie myślę, że jeśli David Bowie nagrywa nudne płyty, to znaczy, że żyjemy w nudnych czasach.

Ocena: 6/10

Recenzja Wmichaela
Recenzja Bojadżijewa

Informacja dla milionów czytelników

Miliony moich czytelników informuję, że zmienia się system ocen w Projekcie Recenzja. Zamiast skali 1-5, będzie skala 1-10. W skali pięciopunktowej było jakoś ciasno (nie wiem czy współrecenzenci się ze mną zgodzą, ale po części chyba tak). W związku z tym wchodzimy w skalę dziesięciopunktową, bez połówek. Niby to samo, ale jakoś dostojniej wygląda ocena 7 niż ocena 3,5. Nieprawdaż?