Ewolucja móżdżku Pana Redaktora sportowego

Krzysztof Stanowski, redaktor portalu Weszło, dziennikarz sportowy. Pan redaktor jakiś czas temu wypalił na fejsbuku, że już ma 32 lata i jest w „wieku średnim”, więc teraz juz wie, że wojna była przecież tak niedawno. Wczoraj, prawda panie Krzysiu? Ten „wiek średni” i ta zadziwiająca mądrość, do której Pan Redaktor Krzysztof dochodził przez 32 lata, to jest dokładnie mądrość 8 letniego chłopca, który bawi sie w wojnę na podwórku. Oczywiście nikt nie chce byc Niemcem ani Ruskiem bo:

20140714-205553.jpg

wiedzą to wszystkie dzieci. I w ogóle ci źli Niemcy złodzieje i skurwysyny, w dodatku:

20140714-205706.jpg

Cóż, widać pan Redaktor Krzysztof zapewne nie wie co znajduje sie choćby British Museum, ale co tam. W Polsce wystarczy osiągnąć „wiek średni” i mądrość spływa na człowieka sama. Aha, i jeszcze spłodzić syna bo to daje mądrość taką, że mozna juz gadać co ślina na jezyk przyniesie. Możecie mi wierzyć na słowo.

Takich kwiatków u Pana Redaktora jest mnóstwo. Aż z ciekawości wszedłem na jego portal. Okazuje sie, ze pisze tam drugi niezwykle mądry redaktor, mianowicie Paweł Zarzeczny. Towarzystwo w istocie znakomite. Dwóch meneli spod spożywczaka. Bo futbol jest przecież po to, żeby żywić uprzedzenia. I jeszcze w te uprzedzenia brnąć z wiekiem. I jeszcze sie tym chwalić. Publicznie. Na poważnie. Kurwa, to jest jakieś przedszkole, a nie normalne media.

Reklamy

Religia. Polska.

Czy takie odniesienia do religii w muzyce jakie sa właśnie w Jerusalem In My Heart, Muslimgauze czy paru innych rzeczach w muzyce awangardowych bliskiego wschodu, to dla mnie są w jakiś sposób interesujące bo oderwane od zwykłego pojmowania islamu? Z drugiej strony czy takie dużo bardziej mistyczne podejście do religii katolickiej jest jakoś obecne w muzyce gdzieś w Polsce? Czy tylko łopatologiczne „Jezus jest panem, a żołnierze wyklęci są zajebiści”? Wiem, że Jacaszek nagrał swoje wersje pieśni religijnych co jest w pewnej mierze ewenementem, bo to muzyk alternatywny i raczej nieznany. Ale nie słuchałem. Czy jakiekolwiek religijne wątpliwości wyśpiewał jedynie Spięty na „Gospel” z Lao Che? Jest jeszcze szatanistyczny black metal, ale nikt tam nie rozumie co śpiewają. Trzeba czytać.

Tak dumam o niezwykle wyszukanych problemach bo wsród syryjskich, irańskich itd muzyków awangardowych jest sporo odniesień, sampli religijnych pieśni itp. Noale tam życie tym przesiąka non stop (co w sumie uważam za złe). W Polsce jednak religijne motywy w muzyce alternatywnej zupełnie chyba nie istnieją, przynajmniej sobie nie przypominam, no ale u nas religia to to, że Terlikowski pluje naokoło, a Muniek powie, że wierzy w Boga. A mnie to gówno obchodzi.

Folk, noise, miejski folk, co jest kurwa.

Blog powoli umiera więc teraz z czystym sumieniem moge wrzucać notki o kompletnie niszowych rzeczach. Za każdym razem jak znajdę jakiś niszowych album, mam ochotę pisać notkę, ale otwieram bloga i …po co?

Ale niech tam. Sa momenty, kiedy muzy słucha sie najlepiej. Ja tak mam, kiedy juz przeczytam bajkę dzieciom, ale nie moge wyjść z pokoju dopóki nie zasną (taka umowa), więc zakładam słuchawki. I w taki sposób znalazłem sobie Rabiha Beaini. Koleś normalnie robi jakieś elektro, które do mnie nie trafia, w dodatku pod pseudonimem (nie pamietam jakim, nie chce mi sie guglać, mam to w dupie, nikt nie czyta), ale pod nazwiskiem zrobił jeden album. Rewelacja. Jazz, noise, folk arabski. Jezu, piękne. Słuchałem i słuchałem. I po Rabihu, jak po nitkę do kłębka dotarłem do Jerusalem In My Heart. I znowu, arabski folk, tym razem juz nawet z wokalem, melodyjne granie, momentami jakieś dźwięki otoczenia. Ja nie umiem pisać o muzyce, więc sie w tym momencie zamknę.

Dodam tylko, ze taki arabski folk (w ogóle folk) pociąga mnie najbardziej, ale najlepiej jak jest zdekonstruowany, doprawiony najlepiej noisem, albo czymś na kształt muzyki konkretnej. Wtedy dla mnie najlepiej. Mógłbym słuchać i słuchać. Folk w ogóle ma w sobie coś, to tak jak nagrania np. Throbbing Gristle. Nigdy nie zrozumiałem czemu industrial lub nawet jakieś techno nie dostały etykiety „miejskiego folku”. Co to miejski folk wiadomo, albo raczej wiadomo co tak jest nazywane. Ale przecież to właśnie „maszyna” kojarzy sie z miastem najbardziej. Weźmy choćby cyber punk. Tam przecież miasto jest głównym środowiskiem. No a wyobrażamy sobie teraz takie miasto cyber punkowe i muzykę Kultu (miejski folk).

Dobra, na koniec jeszcze wspomnę Muslimgauze, bo te rzeczy co wymienilem powyżej to mi sie z Muslimgauze kojarzą. Jaka to muza wiadomo, a jak nie, to zawsze mozna zajrzeć do jakichś starych tekstów Rafała Księżyka na temat Bryna Jonesa właśnie. Wiem, wiem, teraz jest w modzie dissowanie jego pisania, ale bardzo mi przykro, ponieważ sie na jego słowach chowałem, więc.

Projekt Recenzja – Lux Occulta „Kołysanki”

Tym razem Szubrycht. Wcześniejsze dokonania Lux Occulty są mi całkiem nieznane, więc nie będę miał dla nowego albumu żadnego punktu odniesienia. I dobrze bo nawet nie zamierzam sięgać do starych nagrań. Ponoć straszą.

Na nowej płycie też nie jest wesolutko. Takie to kołysanki pogańskie dość, wiocha jakaś taka przygnębiona skoro sobie kołysanki o spalonych wioskach śpiewam, fiat karawanem i jeszcze coś po francusku tu i tam. Pewnie egzorcyzmy. Taka to zawartość.

Muzycznie dużo sampli, elektroniki, akordeo, trochę gitar. Szubrycht sobie recytuje, mruczy, gada, dwoi się i troi. Ostre gitary pojawiają się rzadko, ale jak już się pojawiają, to jestem na nie Samuel wraca do domu. To co mi jeszcze nie pasuje, to całe to mruczanko Szubrychta. Nie wiem jak on wcześniej śpiewał, ale tutaj nic nie udaje, nie sili się na nie wiadomo jakie brzmienia wokalu, tylko po prostu robi swoje. Brawa za brak kompleksów, ale jednak mi trochę to jego gadanie/śpiewanie uwiera. Wolę momenty kiedy pełno jest jakichś sampli czy to francuskiego gadania czy folkowych zaśpiewów.

W ogóle cały album jest utrzymany w klimacie folkowym. Teraz wraca moda na folk, co jest mi bardzo miłe sercu bo lubię folk. Folku jednak ciężko się słucha, szczególnie klasycznego, a tu proszę, mamy renesans, młodzi grają, starzy grają, a wszystko z elektroniką, szumami, noisami. No pięknie. Chwilo trwaj. W Lux Occulta podobnie, tylko tu niewiele noisu (no może początek Karawanem Fiat). Sporo za to elektroniki i akordeonu, co komponuje się świetnie.

Taka konkluzja mnie nachodzi, że Lux Occulta chyba osiągnęli co chcieli osiągnąć bo płyta stanowi pewną tajemnicę. Zaczynam słuchać, w pewnym momencie się nudzę, potem znowu zaczyna zaciekawiać, robi się misterna, aż wreszcie nie zauważam kiedy się kończy. Zupełnie jakbym włączał i w trakcie jej trwania zasypiał. Kołysanki. Koncept wyborny, wybornie zrealizowany. Aha, właśnie mi się przypomniało czemu mnie drażnią wokale Szubrychta. Bo mi czasem przypominają barwę głosy Glacy, kiedy pierdoli te swoje frazesy w Sweet Noise i innych projektach. Ale tylko troszkę przypomina. No ale cóż począć, jak już zaśniesz po kołysankach, to sen jest snem. łatwo nie zapanujesz. A w ogóle Karawanem Fiat to zajebisty kawałek.

Płyta fajna, można w ciemno słuchać. Przede wszystkim można słuchać wiele razy. Jest konkretny, jasny pomysł i solidne wykonanie. Ciekawy jestem czy to taki jednorazowy wybryk Lux Occulty i znowu zamilkną na lata, czy też może pociągną takie eksperymenty. Potencjał jest. Powinienem dać 7, ale dam

8/10

bo włączyłem sobie Karawanem Fiat. Specjalnie włączyłem. Żeby zawyżyć ocenę. Dobranoc Państwu.

Recenzja Bojadżijewa
Recenzja Wmichaela

Projekt Recenzja: Cynic – Kindly Bent To Free Us

Bojadżijew zarzucił Cynic. Prędzej czy później musiała się ta kapela pojawić, bo jak znam Bojadżijewa, to jej jakos tam fanuje chyba. W końcu to ponoć reformatorzy. Ze mną jest trochę inaczej, nie fanuję, a do tego boję się metalowych reformatorów. Boję się najbardziej progresji, która tak bardzo zawiera się w reformacji.

Metalu jakby mniej, ładnie grają śpiewają, a w openerze The Hallucination Speak to sobie chłopaki nawet bitlesowski zaśpiewy urządzają. Wtf? Byłem pewny, że bitlesowskie harmoniczne zaśpiewy są zarezerwowane dla mnie w Projekcie Recenzja. A jeszcze mnie zaskoczył Gitanjali bo tam z kolei gdyby te delikatne wokale zaśpiewali panowie chórkiem, to skojarzenia kierowałyby się nawet ku Beach Boys. No dobra, przesadziłem i to chyba sporo. Ale fajnie byłoby gdyby chórkiem. Choć i tak jest przyjemnie.

Pozozostałe kawałki zlewają mi się w jedno i nie do końca jestem w stanie je rozróżnić. Choć taki The Lion’s Roar też ma przyjemny refren (tak sobie teraz słucham). W ogóle wokal pana Paula Masvidala kogoś mi przypomina, ale za cholerę nie mogę sobie przypomnieć kogo. Jak tylko na to wpadnę, to napiszę w komentarzu. A tak w ogóle, to fantastycznie na tej płycie chodzi bas. Bardzo mi pasuje.

Dupy mi ten album nie urwał. Podejrzewam, że metalowa brać die hardów raczej wzgardzi. Nie wiem jak to wygląda, bo słynny Focus Cynica słuchałem baaardzo dawno temu i w ogóle nie pamiętam, ale tam bas chyba tak ładnie nie chodził (o czym kurwa jest to zdanie?!). Nie wiem czy wrócę do Focusa bo tam to chyba nawet jakiś jazz był (boję się), na Kindly Bent To Free Us z kolei nie uciekli od progresji. Ja gitarowej muzyki progresywnej raczej nie lubię, tak jakoś się złożyło. Zła płyta to nie jest, ale mojego serca nie zdobyła. No może z wyjątkiem basisty Seana Malone’a.

Ocena: 6/10

 

Recenzja Bojadżijewa
Recenzja Wmichaela

Projekt Recenzja: Adrian Belew – Side One

Adrian Belew to głos King Crimson. Dla mnie zawsze fantastyczny, szczególnie w macierzystej kapeli. Dodawał trochę ludzkiego wymiaru tej całej matematycznej i technicznej konstrukcji Frippa. Jakby robot miał w sobie duszę. Jakiś czas temu zacząłem się przekopywać przez jego solowe nagrania. Trochę tam tego napłodził, ale żadne jakieś białe kruki. No i Side One to idealna płyta, żeby przerwać milczenie na blogu i choć na chwilę odkurzyć Projekt recenzja.

Album trwa tylko 33 minuty, więc jest dobry do typowo rekreacyjnego posłuchania. Mamy sporo gości z czego najbardziej znane nazwiska to Danny Carey i oczywiście Les Clapool. O ile bębniarz jakoś specjalnie tej płyty nie pcha do przodu, o tyle lider Primusa klasycznie kradnie show. Gra w pierwszych trzech kawałkach płyty i gdyby nie gitary Belew, które też nie sposób pomylić, można by pomyśleć, że to solowe działania Claypoola.

Płyta sprawia wrażenia raczej spotkania i jamu kumpli niż jakieś solidnej zaplanowanej akcji, ale mogę się mylić, bo Side’ów jest cztery. Przed napisaniem tej recki miałem plany zrobić niebagatelny risercz, poczytać wywiady z Belew coż on tam sobie wykoncypował, jak te Side’y się łączą. No i klasycznie mi się odechciało.

Muzyka na płycie to taki miks różnych pomysłów, tu słychać jakby Crimsonów, tu jakby Primusa, ale przeważa wesołe kombinowanie. Czuć w tym jakiś oddech improwizacji, na pewno tak wyłaniały sie utwory. Żaden z nich nie wysuwa się na pierwszy plan.

Nie wiem czy ten album jest wart Projektu Recenzja, ma w sobie to coś, ale jego minus jest taki, że jednak się nudzi. Po kilku przesłuchaniach już nie bardzo miałem ochotę wracać i gdyby płyta nie była tak krótka, pewnie bym podchodził nawet z irytacją po każdym kolejnym razie. Ze wszystkich części, mi najbardziej podoba się Side Two. Sporo tam elektroniki, beatów, śpiewu, gitary, słowem, więcej zgrabnej, ładnej muzyki. Nie wiem dlaczego dałem do recki Side One. Pewnie dlatego, że krótka i dobre przetarcie, no i żeby jednak nie odstraszać elektroniką, której na Side Two nad wyraz dużo. No i Side Two dostałaby dziewiątkę. A przy Side One się waham, ale jednak dam:

7/10

Recenzja Bojadżijewa

Recenzja Wmichaela

Notki prasowe, wywiady, premiery, albumy

Franz Ferdinand

Od ukazania się płyty Tonight: Franz Ferdinand upły­nęły cztery lata. Nie spieszyliście się z przygotowa­niem Right Thoughts, Right Words, Right Action. Nagrywaliście tym razem w studiach Alexa Kapra­nosa i Nicka McCarthy’ego. Alex określił pracę nad tym albumem jako bardziej natychmiastową. Alex powiedział także: Nawet jeśli muzyka jest mrocz­na, cały czas słychać, że została stworzona przez ludzi, którzy lubią być razem w jednym pomieszczeniu… Podoba mi się różnorodność muzyki na Right Thou­ghts, Right Words, Right Action. Pojawia się funkowy utwór Evil Eyes, ale jest i Love Illumination w klimacie lat 70., jakby spod znaku glam rocka… Wśród nowych utworów szczególnie podoba mi się Fresh Strawberries w du­chu The Beatles. Kolejnym utworem zwracającym uwagę jest Brief Encounters. Album kończy utwór zatytułowany Goodbye Lovers & Friends. Taki finał nie nastraja optymistycznie na przyszłość…

IRA

Wasz nowy album, X, jest chyba najostrzejszym albumem IRY w obecnym wieku… Ten album to kolejny longplay, który pokazuje, że jesteście w stanie pisać melodyjne, radiowe utwory, nie rezygnując z naprawdę ostrego, gitarowego grania. W MTV Rocks wciąż gra się bardzo dużo ostrej, a zarazem melodyjnej muzyki, króluje tam pop punk. Autorami przytłaczającej większości utworów z waszej najnowszej płyty są Piotr Konca i wspomniany współproducent (i ex-muzyk IRY), Sebastian Piekarek. Z ostrych utworów na X najostrzejszy jest Gniew. Wiem, że Artur najbardziej lubi ballady… niemniej na tym albumie ballad nie ma za wiele. Balladą jest znana od połowy zeszłego roku Szczęśliwa, ale to rzecz mocno zaskakująca. Mówiąc niepoprawnie politycznie, „babska”. Na naszych łamach Artur przyznał się jakiś czas temu, że nie może się przełamać, żeby pisać teksty. Tymczasem na nowej płycie większość tekstów jest jego – albo napisanych wspólnie z Wojtkiem Byrskim. Po angielsku jest też wasza wersja Your Ghost Kristin Hersh. Ucieszyłem się słysząc ją, bo to niesamowity utwór. Opowiedzcie o piosence Ocean, zaśpiewanej przez Artura z Patrycją Markowską. IRA, podobnie jak zespół Wilki, miał – jak dotąd – dwie kariery. Pierwszą w latach 90. i drugą, wciąż trwającą, już w obecnym stuleciu. Niemniej IRA nadal jest bardzo popularnym zespołem.

Powyższe teksty to nie są opisy wydawców na temat nowych albumów. To są obszerne fragmenty pytań dziennikarzy podczas wywiadów Teraz Rocka z muzykami Franz Ferdinand i IRY sklejone w jedną całość. Czym to się różni od opisu wydawcy? Zobaczmy:

Franz Ferdinand

Wielki powrót! Franz Ferdinand nagrał najlepszy i najbardziej przebojowy album od czasów swego niezapomnianego debiutu. Ten zestaw piosenek to udane odświeżenie chwytliwej formuły, za którą wszyscy pokochali Franza! Szkoci wyraźnie podrasowali brzmienie gitar, które doskonale współbrzmią tu z energetyczną sekcją, dzięki czemu całość nabiera dodatkowych rumieńców i rockowo-tanecznych walorów. „Right Thoughts, Right Words…” to synteza tego, co najlepsze w gitarowym popie – od The Beatles i The Kinks, przez echa Thin Lizzy aż po współczesność. Fantastyczna realizacja i znakomite kawałki!

IRA

Ira to polski zespół rockowy grający łagodną odmianę heavy metalu z pierwszej połowy lat 90. Na swoim koncie ma 9 albumów, z których 3 osiągnęły status złotej płyty, a jedna platynowej. Zespół wielokrotnie uczestniczył w największych festiwalach rockowych w Polsce m.in. w Jarocinie, na Przystanku Woodstock oraz Przystanku Odjazdy. 
 
Po blisko 4 latach od wydania ostatniej płyty Ira wraca na scenę muzyczną z najnowszym krążkiem zatytułowanym „X”. Płyta to owoc wielu godzin pracy – nietypowy, bo dwupłytowy. Pierwszy krążek zawiera 11 premierowych utworów z dobrze znanymi singlami Taki Sam i Szczęśliwa. Drugi natomiast jest prawdziwą perłą dla fanów zespołu, bo zawierającym, pierwszy raz w karierze zespołu, piosenki nagrane w języku angielskim: Mój Bóg, Taki sam i Styks. Dodatkowym bonusem jest oryginalna, bluesowa kompozycja nagrana z Patrycją Markowską. Cały album utrzymany jest w spokojnej, melodyjnej stylistyce.
 
 
Gołym okiem widać, że różnica jest spora.
 
 
 

Recenzja

Mija właśnie dwa lata od początku Projektu Recenzja. Projekt, który zmienił w ogóle blogosferę (hahaha) mojego bloga. Bo jakoś od czasu tego projektu trochę mi się tutaj zamuliło. Pisać mi się nie chce, bo jakoś nie bardzo wiem o czym. Chyba sobie zacznę kpić. A recenzje? Męczące to cholerstwo. Naczytałem się recek mnóstwo, napisałem sam mnóstwo gównianych itd. itp. Zakładając sobie napisanie tej notki miałem w planach podliczenie ile dałem piątek, trójek i innych, ale nagle coś mnie oświeciło, że przecież mi się nie chce. Jedynie co widzę po tych reckach to dość dobre oceny. Nie miałem serca zjebać niektórych rzeczy bardziej, a na pewno się należało.

I w ogóle to mi się właśnie odechciało pisać tę notkę. I zdałem sobie sprawę, że ta notka wcale nie jest o recenzjach, tylko o mnie.

Podsumowując, w internecie jest tyle gównianych recek, że moje nie są już w tym szambie potrzebne. Poza tym mam spore wątpliwości czy ktoś je w ogóle jeszcze czyta. No dobra, może ostatni akapit.

Tak być nie może!

Nie może być tak, że sobie zespół przybiera nazwę taką jaką chce, szczególnie jeśli się kojarzy. Nie może być tak, że sobie zespół twierdzi, że jest inaczej niż jest, skoro i tak wiemy jak jest. Nie może tak być, bo przecież i tak budzi skojarzenia, no budzi i już. Nie może być tak, że sobie pani artystka śpiewa o czym chce, mówi o czym chce. To jest jeden wielki skandal, trzeba się tym natychmiast zająć bo jeszcze obywatele gotowi są zgłupieć od tej propagandy. Cenzor! Cenzor! Gdzie jest cenzor!*

 

 

 

 

*w dupę mnie całujcie szanowni zatroskani moraliści. swoje, a nie cudze ryje proszę wycierać waszymi sztandarami.

Nie szargać mi tu legend

Kaliber ma nagrywać nowy album. Oczywiście z tego powodu zaczyna sie tu i tam ból dupy bo przecież Magik, terefere. Jak byłem młodym wściekłym człowiekiem to też miale takie ambicje, żeby dyktować która kapela powinna nagrywać pod starą nazwą, a która powinna zmienić, bo przecież legenda, legenda. Teraz mam to w dupie. Takie legendy są dla fanów, dla twardogłowych konserwatystów. Właściwie wszystkie te wielkie nazwy, te wielkie kapele są niewolnikami swoich wlasnych fanów. Albo swoich własnych ograniczeń. Jakby to miało znaczenie. Ostatnio taki problem miałem z Siekierą bo przecież Nowa Aleksandria, ale ostatecznie olałem. Te wszystkie nazwy, projekty etc. są mi kompletnie obojętne. Najwyżej wyłączę.