Szare gwiazdy 

Przeżuwał śniadanie powoli. Jajecznica smakowała, ale jak zwykle nie był głodny. Było za wcześnie, nigdy nie czuł głodu o 6 rano. Wciąż przed oczami stawał mu wczorajszy dzień. Po bezcelowej wędrówce po wszystkich urzędach i pocztach był zmęczony. Stał więc w zatłoczonym wagonie metra. Przecież wystarczy, że wszyscy przesuną się po prostu do tyłu. Gdyby zostawili więcej miejsca przy drzwiach nie byłoby tak tłoczno. Ale tłumacz to ludziom. Stoją przy drzwiach ze spojrzeniem wlepionym w te swoje telefony. 
Wtedy wsiadł ten koleś. Wygląd inteligenta, okulary, marynarka, eleganckie buty, krawat zawiązany w sposób, który ma pewnie nazwę od imienia jakiegoś angielskiego lorda, co to wiązali krawaty nawet do piżamy. I oczywiście poszetka w brustaszy. Nienawidził tych słów, kojarzyły mu sie z brudną pochwą, a znał je z programów tv, w których jakiś pedał ubiera tych lalusiów. I różowe koszule z h&m, w rozmiarach dla miękkich pedałów. Żona ciagle oglądała te programy. Na przemian z tymi, w których nadpobudliwi frajerzy nakładali na talerzyk malutki kawałek kaczuszki, a na kaczuszce dżemik wiśniowy, a tuż obok brązowa polewa z cholera wie czego, układająca sie jak podpis. Och, ach, jakie to pyszne panie Oliwierze, jakie pan ma delikatne dłonie. 
Patrzył na kolesia z książką ze złością. Irytowało go to czytanie, to oscentacyjne robienie z siebie inteligenta. Patrzył jak typ rozgląda się po metrze z pretensją w oczach, bo przecież wszyscy siedzą, a on musi czytać na stojąco. „Następna stacja: Kabaty” rozległo się w głośnikach. Wtedy zauważył, jak typ z książeczką wpadł w lekką panikę. Haha, pewnie zapomniał wysiąść, albo pojechał nie w te stronę. W ferworze tłumu wysiadających ludzi już się nie powstrzymał, kopnął inteligenta w plecy. – Co ty kurwa robisz?! Pojebało cię?! – wykrzyknął typ z książką. – A no bo pan mnie popchnął! – wykrzyknął głośno, ale dość zachowawczo, za co od razu miał do siebie pretensje. Szybko uciekł bokiem, nie oglądając się za siebie i pobiegł w górę po schodach. Potem szybko na chodnik i w stronę delikatesów Żabka. Potem za Żabką od razu w lewo i w dróżkę między rząd drzew. Dopiero wtedy się obejrzał. Inteligent z książką szedł za nim. Pewnie chciał sprawdzić gdzie mieszka, dlatego za nim szedł. Teraz żałował, że zawsze brakowało mu odwagi ojca, który w maluchu woził drewnianą pałę właśnie na takie sytuacje. Sam widział, jak ojciec stłukł kiedyś jakiegoś pijaka, za to, że ten wszedł prosto na droge. Dochodził już do domu i fakt, typ z książką przystanął i patrzył gdzie wchodzi. Do której klatki. Trudno. Jutro możliwe, że problem się rozwiąże. 
– Co ty dzisiaj taki zamyślony? Dokończ już te jajka, bo musisz dzisiaj dzieciaki do szkoły wcześniej zawieźć. Aha, i wyprałam ci mundur, bo już te gwiazdy do cna poszarzaly – usłyszał z ust żony i popatrzył na czysty i wyprasowany policyjny mundur, z pięknymi bielutkimi gwiazdami komisarza. Westchnął, ubrał się, zabrał dzieci i wyszedł. 

Reklamy

Prawda to kurwa 


Wpadła mi w ręce płyta projektu Fryzjer Prowokacja. Album nazywa sie „Prawda to kurwa”. Nazwa dość prowokacyjna. Podpisów mało, mało wiadomo, ale po nitce dotarłem do kłębka. Okazuje sie, że to jednoosobowy projekt, pozostawię personalia nieznanymi, gdyż tak pewnie życzyłby sobie autor. Ujawnię tylko podstawowe informacje. Otóż mamy do czynienia z albumem punkowym autorstwa człowieka grubo po #30, żyjącego w dość bogatym kraju na zachodzie (emigrancik z Polski), na niezłej posadce. I właśnie taki ktoś po godzinach zajmuje sie muzykowaniem. Punkowym. W tekstach odnajdziemy wiec wszystkie charakterystyczne punkowe „kurwy i złodzieje”, „jebać wszystko” itd. Do wyboru do koloru. Około pół godziny utyskiwania na beznadziejną rzeczywistość. Z pozycji intratnej posady, w stabilnym kraju z dobrym socjalem trochę to groteskowe. Proszę sobie wyobrazić, że bardzo możliwe, ze autor wszystkie te anarchistyczne teksty pisał przy dobrym single malcie w ciepłe palącego sie kominka. 
Muzyka nie odbiega za bardzo od rasowych punkowych wymogów. Jest jasno, krótko i na temat. Sporo odniesień do starych załogantów, do chociażby Siekiery („Miłość”). Jest pare ciekawych eksperymentów z formą, w końcu to płyta robiona całkowicie w domu, zapewne na jakimś zwykłym laptopie HP, a kto wie, może i na zajumanym Fruity Loopsie. 
„Jebać punkowców z brudnymi nogami/Bo są już chuje dawno sprzedani” tak głosi wers autorstwa Wielkiego Księcia Płocka z utworu „Jebać” (podejrzewam, ze kolejny czydziestolatek na dobrym decyzyjnym etacie, piszący punkowe teksty na biurku jakiegoś przedsiębiorstwa, kiedy sekretarka przynosi mu kawę). Ale ten właśnie wers oddaje cały paradoks punkowej sceny. Stare panczury piją sobie z dziubków wymieniając sie wizytówkami swoich firm. We wkładce znajdziemy podziękowania dla niejakiej grupy dyskusyjnej „Jebać jebać pozdrawiamy” – cokolwiek by to nie było, trzeba przyznać, że chyba wlasnie ta grupa odpowiada za inspiracje tekstowe. Zapewne jakiś anarchistyczny think tank. 

W czarnych garniturkach gówno zostało z tego całego punka i możesz sobie jedynie włożyć paluszek w dupę albo co najwyżej napisać pare tekścików i wykrzyczeć je anonimowo w necie. Tyle. Cała punkowa rewolucja z tych tekstów, to zwykle biadolenie, puste frazesy, w które nie wierzą już nawet sami punkowcy. Chcecie rewolucji? To pierwsi spadnijcie ze stołków, frajerzy. Cały ten punk już nie żyje. Cały ten punk już dawno umarł. I taka jest prawda. 
Tylko, że prawda to kurwa sprzedajna. 

7/10

Album do posłuchania tutaj: 

https://fryzjerprowokacja.bandcamp.com/album/prawda-to-kurwa

To ja zabiłem Davida Bowiego

– To ja zabiłem Davida Bowiego – powiedział do żony siedząc w kuchni przy stole i patrząc w okno. To był ten moment, kiedy tak bardzo chciało mu się palić, ale nie palił już od kilkunastu lat, więc po prostu popijał kawę i patrzył przez okno na kotkę, która chodziła powoli po podwórku jakby bez celu i szukała nie wiadomo czego. Wypuszczali kota coraz częściej, głównie dlatego, że przeszkadzał im smród kuwety, więc mieli nadzieję, że zwierzę będzie się załatwiało na zewnątrz. Nic z tego, kotka biegała po dworze, przekrzykiwała się z innymi kotami, po czym wracała jak gdyby nic do domu, uwalić sążnistą kupę w świeżo wyczyszczonej kuwecie. Inteligencja kotów jest znacznie przeceniona, uważał. Kot to zwykły egoista, niczego nie chce się nauczyć poprzez rozmowę z człowiekiem, jak choćby pies. Ba!, od samego kontaktu z czlowiekiem. Gdyby miał do czynienia z człowiekiem o charakterze kota, nie uważałby go za inteligentnego.
– Zjesz z ziemniakami czy z ryżem?
– Z ziemniakami. W ogóle mnie nie słuchasz.
– Słucham. „To ja zabiłem Davida Bowiego”. Tylko jestem zajęta przy garach i nie odpowiedziałam. Dlaczego go zabiłeś?
– Niedawno wyszedł jego nowy album, mówiłem Ci, że go słuchałem. No więc słuchałem go zaraz po premierze. Kilka razy. To nie najlepszy album. Też Ci mówiłem.
– Tak, pamiętam.
– No i napisałem recenzję na blogu. Bo ta płyta mimo że lepsza od poprzedniej, tej zwykłej, piosenkowej, takiej po prostu rockowej, to jednak wciąż nie to. Mało tam ognia. Kilka kawałków się wyróżnia, może max 3, ale to wszystko. Recenzja była dość krytyczna. Czytałaś?
– Nie, nie miałam kiedy.
– No tak, po co pytam. No i wiesz, Bowie pewnie też nie czytał. No ale nie żyje. I to zaraz po mojej recenzji. Może gdybym napisał, że to dobry album. Może by żył.
– Ale to średni album, tak?
– No tak.
– No to w czym problem?
– Umarł zaraz po mojej recenzji. Zabiłem go tą recenzją.

Kotka drapała w drzwi. Chciała żeby ją wpuścić. Czasem nie otwierał drzwi po prostu żeby pokazać kto tu rządzi, ale nie miało to przecież żadnego znaczenia. Przecież kotka nic sobie z tego nie robi. A może powinien tej płyty posłuchać jeszcze raz? No ale to przecież średnia płyta. Mimo całego konceptu, ukrytych znaczeń. Teraz już ta jedna płyta pozostanie jako ostatnia. I ta recenzja. Nie mógł już jej skasować. Co się stało, to się nie odstanie. Zabił Davida Bowiego.
– Jedz póki ciepłe.

Zaczął jeść, powoli.
– Nie odpowiedziałeś mi.
– Przecież odpowiedziałem.
– Nie pytałam jak go zabiłeś, tylko dlaczego.
– Nie podobał mi się jego ostatni album. Po prostu.
– Szkoda trochę.

.

Miał wtedy 10 lat. Jakaś kosmiczna rodzinna tragedia wybuchła chyba niewiele przed 19, w każdym razie efekt był taki, ze z domu należało wybiec w trakcie wieczorynki. Jak zwykle nikt nie chciał poczekać aż założy buty, matka wybiegła pierwsza, cała w łzach. To musiało być raczej poważne. Dobiegł jako ostatni. Ojciec już leżał. Matka biegała dookoła, głośno płacząc. Podszedł do ojca, który zdążył go tylko przytulić, ale on się bał. Był w tym jakiś irracjonalny strach. Właściwie to wiedział, ze to prawdopodobnie to ostatni raz kiedy widzi ojca żywego, ale bał się przytulać. Może dlatego, ze czuł, ze gdzieś tutaj czai się śmierć. Uciekł, wybiegł, położył się na trawie. Po chwili przyjechała karetka, potem krzyk matki „ojciec nie żyje!”, do domu, i do końca wieczoru z winyla non stop „Bema Pamięci Żałobny Rapsod” Niemena, aż w końcu gdzieś w nocy, nie wiadomo o której godzinie przyszła ciotka i wyłączyła. „Dość, idźcie już spać, dzieci”.

Trudno powiedzieć co działo sie w następnych dniach. Kostnica, ciało, matka zapłakana, nic nie jadła przez kilka dni, siostra zła. Cała rodzina sie zjechała, to był plus całej sytuacji. No i nie musiał chodzić do szkoły. Potem pogrzeb. Szedł razem z bratem stryjecznym tuż za trumną, „haha, źle napisali wiek, ojciec miał 38 a nie 39”. Do końca juz sie śmiali, we dwóch. Ktos próbował ich uspokoić, ale dał za wygraną. A potem trumna już w dole, matka oszalała całkiem, chciała skakać do grobu, nie było rozmowy, trzeba było ze trzech chłopa żeby ją zatrzymać. Babka, od strony ojca, to samo. Poszłyby obie z ojcem się zasypać. I ziemia na pudle. I koniec. Juz wiedział. Goście łaskawie sie rozeszli, a on patrzył jak jacyś ludzie, ponoć znajomi ojca, zasypywali grób.

Następny dzień i klepsydra gotowa. Zdjęcie ojca, wiek (prawidłowy), inne potrzebne informacje, a pod spodem… imię i nazwisko matki. Puste pola po „zm. dnia”. Rozejrzał sie po cmentarzu, kilka metrów dalej grób babki i dziadka, całkiem jeszcze pusty i jakby w budowie. Nie wiedział czemu, ale uznał, że to ważne mieć swój własny grób, skoro cała rodzina zamierza tu niedługo zamieszkać. „A gdzie moje imię i nazwisko? I siostry? Gdzie my będziemy leżeć?”

„Tobie nie trzeba jeszcze, ty będziesz żył dłużej”.
„Jak to?! Sam?”

Taus Melek, Shaitan i Jazydzi

Dziwna historia z tymi Jazydami. W Iraku dzieją sie teraz pojebane rzeczy. „Prawdziwi” muzułmani sie organizują, a za główną zwierzynę łowną wybrali sobie Jazydów. Wiem, wiem, kroją też i chrześcijan, robią egzekucje na niedobitkach irackiej Armii, ale Jazydów tępią jak muchy.

Oto bowiem Jazydzi uważani są przez muzułmanów (głownie Sunnitów, ale podejrzewam, że przez resztę też) za czcicieli szatana.

Religia Jazydów jest nieźle skomplikowana. Oto bóg tworzy nie tyle świat, co siedmiu aniołów. W pierwszy dzień, niedziele, tworzy Anioła Pawia, Archanioła o imieniu Taus Melek. Potem tworzy sześciu kolejnych, ale Taus to boss. Następnie te anioły na polecenia Boga tworzą ziemię. Ta trzęsie sie bardzo, nie wiedzieć czemu, w ogóle jest jakaś niestabilna. Bóg zsyła więc anioły na ziemie, żeby ja uspokoiły poprzez zabiegi kosmetyczne (fauna, flora). Oczywiście to sie udaje, potem anioły tworzą człowieka. Każdy anioł daje jakaś cześć, a to ręka, a to noga, nos, dupa itd., a super Taus daje finalne tchnienie czyli życie i duszę. Człowiek nazywa sie Adam. Bóg każe aniołom oddać cześć Adamowi bo to dzieło doskonałe, ale Taus mówi nie. Bóg zsyła więc Tausa do ogni piekielnych, ten płacze przez siedem tysięcy lat i te łzy gaszą ognie piekielne. Wtedy bóg przebacza i Taus wraca do domu swego, do Boga.

Taus w religii Jazydów jest kluczowy. Sami Jazydzi ponoć twierdzą, że prośba Boga o pokłon dla Adama była swego rodzaju testem osobowości dla Tausa. Takie tam niuanse. Podobno też inne imię Tausa to Shaitan. A takie imię nosi upadły anioł w islamie.

Tam z kolei historia w miarę podobna. Bóg tez prosi anioły żeby sie pokłoniły Adamowi, Shaitan odmawia i won do piekieł. Tyle, że on tam nie płacze. A że nie ma mocy sprawczej, cała jego czarna robota polega na szeptaniu. Szepcze on więc człowiekowi żeby zszedł na złą drogę. Taka jego rola. No ale Shaitan czyli zły zły zły.

Zadziwiająco podobne te losy, potem sie to wszystko rozjeżdża, ale sama istota tkwi w tym, ze dla fanatycznych wyznawców islamu, Taus Melek i Shaitan to ta sama osoba. A skoro Jazydzi czczą Tausa, to znaczy, że czczą złego. „Zdrowy rozsądek” w pełnej krasie. W związku z tym należy sie totalna eksterminacja.

W ogóle bardzo ciekawych rzeczy mozna sie dowiedzieć kiedy już zacznie sie szukać istoty tych wszystkich sporów.

Oto Religia. Najdurniejsza rzecz na tym świecie.

Sam And The Plants, folktronica i inne gówno

Ostatnio klepię non stop jeden album, który wynalazłem całkiem przypadkiem. Na twitterze coś o tym wspominał Andy Votel (go to wikipedia), konkretnie nie o płycie, ale o kapeli. Ja znalazłem „The Eft” i ożeszkurwajapierdole. Kojarzy mi się to z Dreamies Billa Holta, o którym juz na blogu było. Płyta leniwa, spokojna, snuje się, ładnie gra i śpiewa. Dużo przeszkadzajek, elektroniki plus akustyczna gitarka, delikatne melodie. Coś co lubię bardzo, a za co paręnaście lat temu bym się zbluzgał.

Przy okazji odkryłem tag muzyczny ‚folktronica’, o którym nie miałem pojęcia, a który zrzesza takie rzeczy jak choćby The Books, Matmos. No coś w tym jest. Niby szufladki złe, ale jakoś trzeba do słuchacza dotrzeć żeby muzykę sprzedać. Słuchamy teraz Sam And The Plants bo warto. Niezwykle miłe i przyjemne. Ach, jakie kojące. Szalenie.

Ewolucja móżdżku Pana Redaktora sportowego

Krzysztof Stanowski, redaktor portalu Weszło, dziennikarz sportowy. Pan redaktor jakiś czas temu wypalił na fejsbuku, że już ma 32 lata i jest w „wieku średnim”, więc teraz juz wie, że wojna była przecież tak niedawno. Wczoraj, prawda panie Krzysiu? Ten „wiek średni” i ta zadziwiająca mądrość, do której Pan Redaktor Krzysztof dochodził przez 32 lata, to jest dokładnie mądrość 8 letniego chłopca, który bawi sie w wojnę na podwórku. Oczywiście nikt nie chce byc Niemcem ani Ruskiem bo:

20140714-205553.jpg

wiedzą to wszystkie dzieci. I w ogóle ci źli Niemcy złodzieje i skurwysyny, w dodatku:

20140714-205706.jpg

Cóż, widać pan Redaktor Krzysztof zapewne nie wie co znajduje sie choćby British Museum, ale co tam. W Polsce wystarczy osiągnąć „wiek średni” i mądrość spływa na człowieka sama. Aha, i jeszcze spłodzić syna bo to daje mądrość taką, że mozna juz gadać co ślina na jezyk przyniesie. Możecie mi wierzyć na słowo.

Takich kwiatków u Pana Redaktora jest mnóstwo. Aż z ciekawości wszedłem na jego portal. Okazuje sie, ze pisze tam drugi niezwykle mądry redaktor, mianowicie Paweł Zarzeczny. Towarzystwo w istocie znakomite. Dwóch meneli spod spożywczaka. Bo futbol jest przecież po to, żeby żywić uprzedzenia. I jeszcze w te uprzedzenia brnąć z wiekiem. I jeszcze sie tym chwalić. Publicznie. Na poważnie. Kurwa, to jest jakieś przedszkole, a nie normalne media.

Religia. Polska.

Czy takie odniesienia do religii w muzyce jakie sa właśnie w Jerusalem In My Heart, Muslimgauze czy paru innych rzeczach w muzyce awangardowych bliskiego wschodu, to dla mnie są w jakiś sposób interesujące bo oderwane od zwykłego pojmowania islamu? Z drugiej strony czy takie dużo bardziej mistyczne podejście do religii katolickiej jest jakoś obecne w muzyce gdzieś w Polsce? Czy tylko łopatologiczne „Jezus jest panem, a żołnierze wyklęci są zajebiści”? Wiem, że Jacaszek nagrał swoje wersje pieśni religijnych co jest w pewnej mierze ewenementem, bo to muzyk alternatywny i raczej nieznany. Ale nie słuchałem. Czy jakiekolwiek religijne wątpliwości wyśpiewał jedynie Spięty na „Gospel” z Lao Che? Jest jeszcze szatanistyczny black metal, ale nikt tam nie rozumie co śpiewają. Trzeba czytać.

Tak dumam o niezwykle wyszukanych problemach bo wsród syryjskich, irańskich itd muzyków awangardowych jest sporo odniesień, sampli religijnych pieśni itp. Noale tam życie tym przesiąka non stop (co w sumie uważam za złe). W Polsce jednak religijne motywy w muzyce alternatywnej zupełnie chyba nie istnieją, przynajmniej sobie nie przypominam, no ale u nas religia to to, że Terlikowski pluje naokoło, a Muniek powie, że wierzy w Boga. A mnie to gówno obchodzi.

Folk, noise, miejski folk, co jest kurwa.

Blog powoli umiera więc teraz z czystym sumieniem moge wrzucać notki o kompletnie niszowych rzeczach. Za każdym razem jak znajdę jakiś niszowych album, mam ochotę pisać notkę, ale otwieram bloga i …po co?

Ale niech tam. Sa momenty, kiedy muzy słucha sie najlepiej. Ja tak mam, kiedy juz przeczytam bajkę dzieciom, ale nie moge wyjść z pokoju dopóki nie zasną (taka umowa), więc zakładam słuchawki. I w taki sposób znalazłem sobie Rabiha Beaini. Koleś normalnie robi jakieś elektro, które do mnie nie trafia, w dodatku pod pseudonimem (nie pamietam jakim, nie chce mi sie guglać, mam to w dupie, nikt nie czyta), ale pod nazwiskiem zrobił jeden album. Rewelacja. Jazz, noise, folk arabski. Jezu, piękne. Słuchałem i słuchałem. I po Rabihu, jak po nitkę do kłębka dotarłem do Jerusalem In My Heart. I znowu, arabski folk, tym razem juz nawet z wokalem, melodyjne granie, momentami jakieś dźwięki otoczenia. Ja nie umiem pisać o muzyce, więc sie w tym momencie zamknę.

Dodam tylko, ze taki arabski folk (w ogóle folk) pociąga mnie najbardziej, ale najlepiej jak jest zdekonstruowany, doprawiony najlepiej noisem, albo czymś na kształt muzyki konkretnej. Wtedy dla mnie najlepiej. Mógłbym słuchać i słuchać. Folk w ogóle ma w sobie coś, to tak jak nagrania np. Throbbing Gristle. Nigdy nie zrozumiałem czemu industrial lub nawet jakieś techno nie dostały etykiety „miejskiego folku”. Co to miejski folk wiadomo, albo raczej wiadomo co tak jest nazywane. Ale przecież to właśnie „maszyna” kojarzy sie z miastem najbardziej. Weźmy choćby cyber punk. Tam przecież miasto jest głównym środowiskiem. No a wyobrażamy sobie teraz takie miasto cyber punkowe i muzykę Kultu (miejski folk).

Dobra, na koniec jeszcze wspomnę Muslimgauze, bo te rzeczy co wymienilem powyżej to mi sie z Muslimgauze kojarzą. Jaka to muza wiadomo, a jak nie, to zawsze mozna zajrzeć do jakichś starych tekstów Rafała Księżyka na temat Bryna Jonesa właśnie. Wiem, wiem, teraz jest w modzie dissowanie jego pisania, ale bardzo mi przykro, ponieważ sie na jego słowach chowałem, więc.

Projekt Recenzja – Lux Occulta „Kołysanki”

Tym razem Szubrycht. Wcześniejsze dokonania Lux Occulty są mi całkiem nieznane, więc nie będę miał dla nowego albumu żadnego punktu odniesienia. I dobrze bo nawet nie zamierzam sięgać do starych nagrań. Ponoć straszą.

Na nowej płycie też nie jest wesolutko. Takie to kołysanki pogańskie dość, wiocha jakaś taka przygnębiona skoro sobie kołysanki o spalonych wioskach śpiewam, fiat karawanem i jeszcze coś po francusku tu i tam. Pewnie egzorcyzmy. Taka to zawartość.

Muzycznie dużo sampli, elektroniki, akordeo, trochę gitar. Szubrycht sobie recytuje, mruczy, gada, dwoi się i troi. Ostre gitary pojawiają się rzadko, ale jak już się pojawiają, to jestem na nie Samuel wraca do domu. To co mi jeszcze nie pasuje, to całe to mruczanko Szubrychta. Nie wiem jak on wcześniej śpiewał, ale tutaj nic nie udaje, nie sili się na nie wiadomo jakie brzmienia wokalu, tylko po prostu robi swoje. Brawa za brak kompleksów, ale jednak mi trochę to jego gadanie/śpiewanie uwiera. Wolę momenty kiedy pełno jest jakichś sampli czy to francuskiego gadania czy folkowych zaśpiewów.

W ogóle cały album jest utrzymany w klimacie folkowym. Teraz wraca moda na folk, co jest mi bardzo miłe sercu bo lubię folk. Folku jednak ciężko się słucha, szczególnie klasycznego, a tu proszę, mamy renesans, młodzi grają, starzy grają, a wszystko z elektroniką, szumami, noisami. No pięknie. Chwilo trwaj. W Lux Occulta podobnie, tylko tu niewiele noisu (no może początek Karawanem Fiat). Sporo za to elektroniki i akordeonu, co komponuje się świetnie.

Taka konkluzja mnie nachodzi, że Lux Occulta chyba osiągnęli co chcieli osiągnąć bo płyta stanowi pewną tajemnicę. Zaczynam słuchać, w pewnym momencie się nudzę, potem znowu zaczyna zaciekawiać, robi się misterna, aż wreszcie nie zauważam kiedy się kończy. Zupełnie jakbym włączał i w trakcie jej trwania zasypiał. Kołysanki. Koncept wyborny, wybornie zrealizowany. Aha, właśnie mi się przypomniało czemu mnie drażnią wokale Szubrychta. Bo mi czasem przypominają barwę głosy Glacy, kiedy pierdoli te swoje frazesy w Sweet Noise i innych projektach. Ale tylko troszkę przypomina. No ale cóż począć, jak już zaśniesz po kołysankach, to sen jest snem. łatwo nie zapanujesz. A w ogóle Karawanem Fiat to zajebisty kawałek.

Płyta fajna, można w ciemno słuchać. Przede wszystkim można słuchać wiele razy. Jest konkretny, jasny pomysł i solidne wykonanie. Ciekawy jestem czy to taki jednorazowy wybryk Lux Occulty i znowu zamilkną na lata, czy też może pociągną takie eksperymenty. Potencjał jest. Powinienem dać 7, ale dam

8/10

bo włączyłem sobie Karawanem Fiat. Specjalnie włączyłem. Żeby zawyżyć ocenę. Dobranoc Państwu.

Recenzja Bojadżijewa
Recenzja Wmichaela