House muzyka komputerowa

Grzebiąc na allegro za jakimiś rarytasami znalazłem niezłą ciekawostkę. Taka oto płyta mignęła mi podczas poszukiwań:

Więcej info tutaj.

Ja nie znam zbyt dobrze muzyki house, to nie moja bajka, wiem tylko, że palce na pewno maczali tam Genesis Orridge i chłopaki z Coil. Ale co z czym i jak, to nie wiem. Ten składak został wydany przez firmę Arston w 1988r., a gromadził utwory z lat tak circa 1986. Paru sobie odsłuchałem na youtube, bez rewelacji, ale sama nazwa składanki mnie powaliła. W 1988r. to u nas komputery nie były chyba na porządku dziennym, więc taki slogan “Muzyka Komputerowa” musiał pobudzać wyobraźnię. Hipsterska rzecz pewnie.

Published in: on Luty 21, 2012 at 9:41 pm  Komentarze (29)  

Projekt Recenzja: Arcturus – La Masquerade Infernale

Ciężko się zabieram do tej recki. Arcturus uderza w tony, które wyjątkowo nie są moją domeną. La Masquerade Infernale odbieram jako koncept album, ile w tym prawdy, nie wiem, ale tak to widzę. Już sam tytuł wskazuje, że nie będą to zwykłe piosenki o black metalowym charakterze. I faktycznie, już od pierwszego Master of Disguise poznajemy gospodarza owej maskarady. Jeno muzyka jakaś dziwna, bo black metalu (czego się spodziewałem) jakby nie było. Są za to smyki, krzyki, riffy, klawisze i dziwny śpiew wokalisty. Śpiew, któremu raczej daleko do typowych blackowych krzyków. Drugi Ad Astra to dość patetyczny utwór, w którym główną melodię wygrywa wiolonczela. Prawdziwie epicka melodia, nie ma co. Dopiero pod koniec sytuacja trochę się zagęszcza. Na płycie pełno jest melodyki, która po lekkim przearanżowaniu mogłaby się znaleźć na albumie Tiger Lilies, takie to trochę cyrkowe śpiewanie (Chaos Path; Painting My Horror). Są nawet eksperymenty z loopami, samplami (tytułowy utwór). O korzeniach muzyków z Arcturusa przypomina chyba najbardziej Alone. W pewnym momencie złapałem się nawet na tupaniu nóżką (ładny riff w Throne of Tragedy).

Sporo się na tym albumie dzieje, mnóstwo zmian tempa, melodii. Dla mnie głównym elementem jest tutaj metal progresywny, bo jednak tak scharakteryzowałbym ten album. Z tego co wiem, to wszyscy panowie są z bardziej radykalnych metalowych kręgów, więc ta płyta może nieco dziwić. Szczególnie wokal, bo jest tu mało charczenia, więcej śpiewania, w trochę dziwnych jak dla mnie rejestrach, jeszcze dziwaczne piłowanie skrzypiec (Alone), tu i tam jakieś sample. Ten album ma dość wysoką pozycję w metalowych światku, o czym zdążyłem się zorientować szperając w necie. Zastanawia mnie tylko czy wszyscy fanie die-hard złapali się na ten album z zachwytem czy raczej skowytem niezadowolenia, bo jednak wykracza ta muzyka poza formułę i to znacznie.

Szukałem czegokolwiek na temat konceptu tej płyty, trochę w necie grzebałem, ale za mało. Muszę sam z siebie wyskrobać na ten temat kilka słów, bo jednak trudno nie zauważyć wspólnej formuły tych utworów. Wiadomo, że tu idzie o szatana, bo o kogóż by, ale sam koncept opiera się na idei balu maskowego. Tak ja to widzę. Mi to się trochę kojarzy z balem w Stepowym Wilku Hessego. Tu i tam słychać ten głośny, donośny śmiech… W tekstach pojawia się nawet wiersz Edgara Alana Poe. Ogólnie szatan jest postacią dość romantyczną, o ile dobrze ten album odczytałem. Teksty są dość poetyckie, ja z tym zawsze mam problem.

Kurcze, z oceną to też mam problem, bo jednak zdolności muzyków i techniczne i aranżacyjne są dość duże, to słychać, ale to kompletnie nie moje kapcie. To jest taka muzyka, że barwa klawiszy, skrzypce, śpiew, to wszystko trafia mnie gdzieś obok, drażni, więc nie wiem cóż tu postawić. To jest muzyka kierowana wprost do słuchaczy obeznanych w muzyce metalowej, bo mnóstwo tu łamania barier, eklektyzmu, cyrkowości i szatana. Wszystko jednak w ramach swojej stylistyki. Staram się jak mogę, ale niestety wymiękam. Nie dla mnie zachwyty nad Arcturusem.

Ocena: 3/5

Recenzja Bojadżijewa
Recenzja Wmichaela 

Published in: on Luty 19, 2012 at 5:11 pm  Komentarze (7)  
Tags:

Robienie w sztuce

Obejrzałem wreszcie Więcej Czadu. To całkiem ciekawe doświadczenie obejrzeć po latach film, który robił takie wrażenie jak człowiek był młody. Film dość prostolinijny, nie ma tu się co zastanawiać. Chłopak młody, z liceum zakłada piracką stację radiową i nadaje ze swojego pokoju. W swoich audycjach zaczyna piętnować szkołę, do której uczęszcza, bo to jest zła szkoła. Pani dyrektor jest jednoznacznie zła i postępuje niewłaściwie moralnie, nie ma co do tego w filmie żadnych wątpliwości. W ogóle rodzice są bez uczuć do swoich nastoletnich pociech, ojciec głównego bohatera też się go czepia, jest oschły, wypalony, dopiero pod koniec filmu budzi się w nim młodzieńczy idealizm i poczucie sprawiedliwości. Co ciekawe dziewczyna, która zdobywa serce naszego radiowca rodziców prawdopodobnie nie ma, pewnie dlatego jest taka wyluzowana. Sprawiedliwość jest definitywnie po stronie naszego bohatera, nie ma co do tego żadnych wątpliwości. I tu jest ciekawe jak bardzo zmieniły się dylematy. Przecież nasz radiowiec prowadzi nielegalną stację radiową, puszcza muzykę, a raczej nie odprowadza z tego tytułu żadnych opłat, jeden z uczniów sprzedaje kasety z nagranymi audycjami didżeja, czyli piractwo pełną gębą i do tego z korzyścią finansową (bezpośrednią!). Te problemy w ogóle w filmie nie istnieją. To nie są problemy! Dodajmy jeszcze, że niemalże pół szkoły pali papierochy, nasz główny bohater popija piwko. Zastanawiam się, czy dzisiaj też tak jasno byłby to pozytywny bohater. Pewnie by nie palił, bo teraz palą czarne charaktery, ale z takim piractwem to nie do końca byłby pozytywny.

A dziś? Mamy jasno określone czym jest piractwo, bezpośrednie i pośrednie korzyści handlowe. W dyskusji na temat praw autorskich i własności intelektualnej co i raz przewijają się porównania do samochodów, produktów namacalnych. Parę lat temu toczyła się kampania społeczna (może delikatna, ale jednak) mająca na celu uzmysłowić, że ściąganie to kradzież. Myślę, że się to częściowo udało. O ile sam z ciekawością przyglądam się dyskusji na temat ściągania, piracenia, o tyle ze zdziwieniem patrzę na to “uprzedmiotowienie” nagrań. Bo nie piję tutaj do jumania seriali z netu, tylko do samej muzyki, płyt, albumów, bo w końcu jedną z głównych kukieł palonych przez intarnautów, jest kukła Hołdysa, muzyka w końcu. No więc skoro muzyka to produkt taki jak samochód, chleb i inne, który można ukraść, to warto się też zastanowić nad pozostałymi aspektami takiego produktu (jakość, cena, gwarancja, reklamacja). Spoko, So Be It jak mawiał Christian Slater w Więcej Czadu, ale parę rzeczy trzeba sobie na nowo chyba ustalić, bo jednak internet przez te 20 lat wywrócił sprawę do góry nogami. Teraz jak muzyk nagrywa płytę, to robi po prostu produkt i za swoją pracę powinien otrzymać wynagrodzenie. So Be It. A pierwszym prawdziwym i szczerym artystą, który takie podejście zaprezentował i otwarcie zaczął głosić jest Maciej Maleńczuk. On pierwszy zrozumiał, że robienie w sztuce to robota jak każda inna. Nic więcej.

Published in: on Luty 14, 2012 at 9:42 am  Komentarze (3)  

Projekt Recenzja: R.U.T.A. – Gore

Folk, folk, folk! Punk, punk, punk! I właściwie można by już zakończyć recenzję. R.U.T.A. – Gore. Pieśni buntu i niedoli XV – XXw. to zbiór piosenek o folkowej formie, ale punkowej treści. Maciej Szajkowski, pomysłodawca projektu zebrał teksty z kilku dekad, teksty chłopskie, ich niedoli, żalów, pretensji. Wszystkie oscylują wokół ogromnego wkurwienia na swój los, na pana, króla, hetmana, plebana. Płyta ma niesłychany ładunek emocjonalny.

Postanowiłem się o tej płycie nie rozpisywać, dlatego, że ona trwa około 30min, kawałki są krótkie, więc i recka powinna być treściwa. Na początku jak zwykle planowałem och ach długi tekst o folku, ale na jasny gwint, po co? Muzycznie jest to wędrówka w rejony folkowe, ale jak już wspominałem o bardzo punkowym sznycie. Utwory są krótkie, szybkie, tyle, że zaaranżowane na folkowe instrumenty. Głównym wokalistą jest Gumy znany z Moskwy, oprócz tego udziela się także Robal z Dezertera, Spięty z Lao Che czy Nika z Postregiment. Ta płyta to jest prosty, ale treściwy cios chłopską niedolą dokładnie między oczy. Jak słucham, mam ochotę brać za widły i bronić ludzkiej sprawiedliwości. Cały koncept, a właściwie może sens tej płyty, jej podstawę ideologiczna dobrze oddaje Lament Chłopski ze Spiętym na wokalu, zaraz potem mocne uderzenie Będą Panowie Sami Łąki Kosić z Niką. Jak ostatnio rozmawiałem z kumplem, to powiedział mi, że Spięty śpiewa tak obrazowo, że od razu wszystko to o czym śpiewa masz przed oczami. No i tak jest z tym utworem. Bardzo melancholijny, smutny, no ciężko mieli chłopi.  A propo Niki, to Szajkowski w jednym z wywiadów mówił, że po nagraniach piosenek z jej udziałem myśli o odrębnym projekcie, w którym miały by się udzielać same dziewczyny przy mikrofonach. Chcę to! Lubię to!

O zawartości muzycznej wypadałoby napisać kilka słów, a więc: utwory są dość proste, tu i tam słychać echa Kapeli Ze Wsi Warszawa (Związali Mnie w Powróz), macierzystego zespołu Macieja Szajkowskiego. Poza tym jest prosto, krótko, treściwie. Wokaliści, czy to Guma czy Nika, Robal czy Spięty nie silą się na jakiś archaiczny akcent, i dobrze, bo dzięki temu jest znacznie czytelniej.

Fantastyczny album. Płyta, której słucham często, za ten album Szajkowski dostał Paszport Polityki, ale nie wiem ile mu to dało, bo jeszcze pod koniec roku, Ruta nie była dostępna w żadnym Empiku na terenie naszego kraju. Może ten paszporcik coś zmienił, choć wątpię. Żałuję tylko, że nie miałem jakoś okazji zobaczyć Ruty na żywca, bo muzyka folkowa ma to do siebie, że swoje walory ukrywa w studio, a w pełni prezentuje się na scenie. Taki ogień jaki wytwarza Ruta pewnie zmiótłby mnie na miazgę, skoro już sam album wymiata. Dobra, dość, bo miało być krótko.

Ocena: 4,5/5

Recencja Bojadżijewa

Recenzja Wmichaela

Published in: on Luty 5, 2012 at 6:31 pm  Komentarze (11)  

O wolność

Kiedyś, kiedy byłem młodym człowiekiem bardzo lubiłem film o wdzięcznej nazwie Pump Up the Volume  po naszemu Więcej Czadu. Oglądałem ten film kilka razy pod rząd. To było o licealiście, który założył sobie w domu nielegalne radio. Był świetnie przygotowany, miał super sprzęt i zadbał, żeby tak łatwo go nie namierzono. Myślał, że nadaje w pustkę, a okazało się, że jest bohaterem całej szkoły (dziwne, że tak myślał, skoro tak się przygotował). No i tam była dziewucha, miłość, młodzież, bunt i źli, konserwatywni dorośli, którzy ni cholery nie rozumieli młodzieńczej chęci wolności.  Zupełnie jak dziś, tyle, że dziś zabierają internety. Ale młodzież zawsze tak samo walczy o wolność. Alleluja!

W filmie była także jedna z moich ulubionych piosenek Cohena, no i chciałem tak palić papierosy jak Christian Slater. Uwaga, ronię łzę za młodzieńczymi latami.

Published in: on Luty 1, 2012 at 10:42 pm  Komentarze (12)  

Każdy już napisał o Acta?

Ja sobie czytam i czytam i nadziwić się nie mogę. Bo dotrzeć do tej ustawy łatwizna, w dodatku to tylko 28 stron, więc chyba można sobie zdanie wyrobić. A ja mam wrażenie, że każdy to tłumaczy jak chłopu na miedzy. Zamiast jakiś konkretów, wszyscy piszą, że gdzieś tam uwiera i czy na pewno tam. Potem się pisze, że nasze prawo takie, śmakie i nikt chyba do końca nie wie z czym, co i jak i czy na pewno będą bili jak ściągnę, o ile ściągnę cokolwiek. Czytałem co pisał wo, Żakowski, Warzecha, Zaremba i mam trochę ubaw, bo wszyscy oni wrzucają problem praw autorskich w dobie internetu w buty przeszłości i maglują temat pod tym kątem. To łatwo, bo sobie można rację na swoją stronę bez problemu  przerzucić. No bo przecież jak Beatlesi stoją za moim argumentem, albo Bach czy Vivaldi, to ho ho. A Witold Gadomski odjechał już chyba najdalej, bo  do udowodnienia swoich racji zaprzęgł dziki zachód i przeganianie bydła po Stanach. Miód. Mam trochę ubaw z takich tekstów, bo to tak, jakbym sobie zasiadł do partyjki szachów na planszy do chińczyka.

Published in: on Styczeń 28, 2012 at 10:53 pm  Komentarze (12)  

Projekt Recenzja: G.G.F.H. – Disease

Wmichael zarzucił do recenzji płytę, której nigdy nie słyszałem. Więcej, nie miałem zielonego pojęcia cóż to za kapela. Po krótkim riserczu (nie za głębokim, żeby nie zepsuć), dowiedziałem się, że to trochę industrial. I dobrze.

Album z roku 1993, na świecie już panował industrial spod znaku NIN i Ministry. To co słychać na albumie Disease już nie za bardzo się w tym mieści. Za to spore tu odniesienia do muzyki elektronicznej, nawet techno. Brzmi to trochę jak industrial skojarzony z muzyka spod znaku Prodigy może. Dość jednostajny rytm, w tle jakieś odgłosy, zaśpiewy, dziwne dźwięki, zawodzenia. Oprócz tego różne gadki (z morrisonowskim Father? Yes son? I want to kill you na czele). Na wiki znalazłem określenie stylu muzycznego, który uprawia GGFH jako horror techno. Trochę ekwilibrystyczne stwierdzenie, ale zanim się z nim zapoznałem, to ten tekst z The End Doorsów plus muzyka GGFH przypomniały mi film Halloween. I jeszcze ten wokal. Schowany, harczany, ale na jakimś vocoderze. Czasem z tyłu, tu nie popis śpiewu, to jest klimat. Ta muzyka ma wprowadzać w pewien nastrój i to się udaje.

Dobra, muszę jakoś wreszcie się uporać z tą płytą, bo na razie lecę po samych dyrdymałach i wytartych frazach, ale napiszę wprost, że ciężko mi tę muzę ująć w jakieś słowa. Mi to się kojarzy najbardziej z nurtem EBM, z kapelami w rodzaju Die Krupps, Skinny Puppy, Front 242. To jest ewidentnie nurt muzyki tanecznej z drobną tylko różnicą. O ile w wymienionych kapelach nurtu EBM naprawdę można było ciałkiem poruszać, tak w przypadku GGFH jest to o tyle trudne, że w tych utworach bardziej chłopaki (DJ Ghost, Evol) dbają o nastrój. To jest trochę przećpana muza, to słychać i nie ma co ukrywać. Słychać w tym fascynację techno, a jak techno to się nie da uciec od dragów (przynajmniej w skojarzeniach).

Nie znam innych dokonań GGFH, mogę się tylko domyślać, ale z tego co pisał Wmichael w komentach o propozycji swojej, płyta , była swego czasu dość kultową pozycją w niektórych kręgach. Mam pewną koncepcję dlaczego. O ile cały nurt EBM był jakoś ożeniony z gitarą, może czasem słabo, ale jednak, tak tutaj jest ewidentny przeszczep muzyki tanecznej, ale w bardzo psychodelicznym stylu. Monotonne, czasem fabryczne rytmy, harczany, ale nie growlowy śpiew, bardziej jakieś deklamacje, to wszystko składa się na album, który wyprzedził pewnie lekko swój czas. Pamiętajmy, że rok później Prodigy wydali swój album Music for Jitled Generation, Trent Reznor zaczął gościł na listach przebojów ze swoim aksamitnie wyprodukowanym industrialem. Na GGFH słychać, że to jeszcze jest wciąż w garażu, ale dzięki temu ta muza jest mocna i ma mnóstwo plusów. Gdyby to złagodzić i zaokrąglić wyszłoby raczej słabo, a tak jest naprawdę ostro. Tytułowy kawałek wymiata swoim beatem.

Swoją drogą to dość ciekawy kontrast, takie bity i taneczne motywy, a do tego jakiś dziwny, harczany, schowany wokal. Miałem płytę zjebać, po pierwszym przesłuchaniu, bo trochę już odszedłem od takiej muzy. Ale jakoś się wciągnąłem i nagle usłyszałem drugie dno. Problem polega tylko na tym, że o ile mam sentyment do tego nurtu, to jednak płyta mnie nie powaliła. Podejrzewam, że gdybym ją poznał w latach 90 – tych, wywarła by pewnie większe wrażenie, dziś już trochę nudzi, tak jak większość nurtu EBM. Ale cieszę się z tej propozycji, bo dzięki temu znowu wlazłem w industrial i znowu posłuchuję całej pierwszej fali, a to tygryski lubią najbardziej. GGFH nie należy jednak do pierwszej fali nurtu, w związku z tym ocena:

3,5/5

Published in: on Styczeń 22, 2012 at 11:16 pm  Komentarze (3)  

Mylą się nie doceniając

Kupiłem dziś wydawnictwo z serii Kolekcja Teraz Rock. Kupiłem o The Beatles. To taki 50 – stronicowy bryk, nie wiem po co to wziąłem, bo nic nowego się nie dowiem, tylko sobie w skrócie poczytam o Bitlach. Po raz kolejny. Zawsze oglądam jakieś dziwne dokumenty typu Lata 60 – te w rytmie The Beatles i takie tam. Największą wiedzę autoryzowaną to można chyba wynieść z Antologii, a reszta to niewiele wnosi. Niewiele wnosi także ten numer z Kolekcji Teraz Rocka. Ale w kiblu sobie leży, to zawsze fajnie sobie zerknąć.

Kartkuję więc sobie, dochodzę do opisów płyt i widzę, że niektóre rozpasane. Znaczy się na dwie strony, z krótkim życiorysem każdej piosenki. Tak opisane są albumy Revolver, Sgt Pepper’s, White Album i Abbey Road. Ja oczywiście swój wzrok kieruję na Magical Mystery Tour mój ulubiony chyba album. Króciutka notka, 4 gwiazdki, oczywiście wzmianka o Strawberry Fields, I Am the Walrus i właściwie tyle. Sam film został z lekka olany.To samo, jeśli sięgnąć do biografii Paula McCartneya pióra Rossa Bensona, tyle że tam dosadniej:

Kompozytor tworzący tak wspaniałe utwory jak “Yesterday” – i tak trywialne jak “Silly Love Songs”, artysta wystarczająco dojrzały i zdyscyplinowany, by stworzyć “Oratorium Liverpoolskie”, i równocześnie tak bezkrytyczny wobec siebie, by opublikować kicze w rodzaju “Magical Mystery Tour”.

I tu moje zdziwienie zawsze sięga zenitu. Bo ja już od dawna mam gdzieś co tam sobie w głównym nurcie istnieje, ale dziwi mnie, że sam film Magical Mystery Tour jest tak niedoceniany. Na pierwszy rzut oka to zwykła amatorka, trąci brakiem profesjonalizmu, fabuły, ale jak się w tym rozpłynąć… To jest film skąpany w tak dużej dawce psychodelii, że aż nią ocieka. Problem tylko w tym, że The Beatles o ile nawet się do ćpania częściowo przyznawali, to jednak w masowej wyobraźni są to drobne epizody mało wpływające na ich twórczość. Otóż nie. I to widać w tym filmie, tylko jak pisałem, w tym trzeba się rozpłynąć. Całe szczęście, że Paul McCartney jest tak bezkrytyczny wobec siebie.

Published in: on Styczeń 20, 2012 at 10:06 pm  Komentarze (5)  

Lewactwo i prawactwo

Przeglądałem sobie jakieś stare teksty na salon24, jakieś stare dyskusje, w których brałem udział i natknąłem się na pewne rzeczy. Wtedy nie pociągnąłem wielu dyskusji, bo mi się nie chciało, dziś może bym pociągnął, ale nie na salonie. Oto bowiem salon jawi mi się jako miejsce wzajemnej adoracji, bez sensu tam rozkminiać bardziej wrażliwe kwestie, bo jeśli się fundamentalnie nie zgadzam, po prostu olewam. Pal sześć, ja nie o tym. Tam sporo dyskusyj politycznych, nawet jeśli nie, to one i tak się kręciły wokół podziału lewica/prawica. W muzyce też.

Muzyką rządzi lewica? W moim przekonaniu na pewno. Zastanawiam się nad różnymi muzykami, którzy w jakikolwiek sposób swoje poglądy polityczne manifestowali, ale nie szukam takich, którzy już w czasie tzw. odcinania kuponów łapią polityczną świadomość. Nie chodzi mi o Muńków, Kazików, Lipnickich, Kukizów bez względu na to, czy którykolwiek z nich komuś udzielił poparcia. Chodzi mi o takich, którzy swoją legendę muzyczną zbudowali mając określone poglądy polityczne. Jeśli idzie o moje ulubione kapele, czy może kapele w ramach estetyk muzycznych, które na mnie działały, to sory prawica, ale wszystko lewa mańka. Punk to właściwie się rozumie samo przez się. Hard core? Rollins? Ian MacKaye? The Clash? RATM? No ewentualnie Chris Cutler, bo ponoć Palczewski pisał, że były dyskusje i w końcu poglądy Cutler mocno zrewidował. Nie sprawdzam, z czystego lenistwa, bo to blog i nie muszę. Musiałbym sprawdzić co pisał Palczewski, gdzie i czy to z nim Cutler przeprowadzał dyskusje.

Pamiętam jeszcze The Exploited. Wattie Buchan to dość dziwny gość. Szukając info na jego temat, natknąłem się na informację, że ponoć udzielał kiedyś jakiegoś wywiadu na tle swastyki. Pod podanym linkiem filmu nie było, więc trudno powiedzieć jaka prawda, być może tylko legenda miejska. Historią dość znaną jest za to to, że piosenka Nazi Punks Fuck off Dead Kennedys jest kierowana pod adresem właśnie The Exploited. Na co z kolei sam Wattie odpowiedział piosenką I Hate You, którą opatrzył stosownym komentarzem pod adresem Jello na koncercie w Waszyngtonie, a udokumentowanym na płycie Live at the Whitehouse.

Ciężko mi odnaleźć muzyków, którzy zrobili na mnie duże wrażenie swoją muzyką, a którzy zwracali się w prawą stronę. Mam z tym spory problem. Znalazłbym pewnie katolików, buddystów czy innych ezoterystów, ale prawicowcy jakoś mi się na myśl nie rzucają. No chyba, że Lynyrd Skynyrd, ale nigdy nie byłem świadomym miłośnikiem. No bo jak to poszerzać granice będąc konserwatystą? Jak wspomnę jeszcze, że jestem miłośnikiem pierwszej fali industrialu (penisy, waginy, krew, rzeź) to ni cholery się prawicowości nie dopatrzę.

Published in: on Styczeń 19, 2012 at 11:15 pm  Komentarze (4)  
Tags: , , ,

Jest tyle kapel

które kiedyś były naprawdę zajebiste. Kiedyś dałbym sobie głowę za nie uciąć. W każdym calu, pod każdym względem wypas. I nagle bum, kapela nie jest już fajna. Ale ja wciąż bym się kłócił, że jest, bo właściwie chciałbym żeby była. I tu jest problem, bo właściwie zostaje mi projekcja kapeli, a właściwie jej muzy. Że chciałbym żeby tak, żeby inaczej, a oni uparcie gdzieś swoją stroną, po swojemu. A ja już nie ten, kiedyś to panie lepiej było. Jedną z takich kapel jest Gomez. Kiedyś nawet popełniłem o nich notkę. Teraz co jakiś czas sprawdzam co u nich, ale nam już nie po drodze. A tak chciałbym żeby było, bo jednak tymi dwoma albumami to się nie nasyciłem. Kiedyś nawet jak pożyczałem kasety Gomez kumplowi, to we dwóch mówiliśmy, że w muzyce gitarowej przyszłość to Gomez. I koniec. Nie lubię już Gomez, a szkoda, bo chciałby lubić. No chciałbym, ale jak?

Bo kiedyś:

A dziś…

Published in: on Styczeń 16, 2012 at 11:55 pm  Komentarze (5)  
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.