Zimna fala disco polo

Zespół Bayer Full powstał w 1984r. Bezpośrednim czynnikiem prowadzącym do założenia zespołu była muzyka zespołu Joy Division, ale dopiero śmierć i wyklarowanie się nowego składu – New Order – pchnęło Sławka Świerzyńskiego do tego jakże daleko idącego w skutki kroku. To album Power, Corruption and Lies wywarł na założycielu Bayera taki wpływ. Nie bez znaczenia jest fakt pojawienia się w tym samym roku singla Blue Monday.

Bayer Full zaczynał skromnie. Chłopaki nie mieli pienędzy na sprzęt, to przecież połowa lat 80 – tych. Byli w całkowitej kontrkulturze, tak się wtedy nie grało - wspomina osoba z otoczenia zespołu. Każdego dnia Sławek skrzykiwał chłopaków do swojego garażu, a tam grali na czym mogli. Po każdej próbie siadali i Sławek z zaangażowaniem opowiadał zapatrzonym w niego członkom zespołu o początkach Beatlesów, Stonesów, o rewolucji psychodelicznej, o zimnej fali i industrialu. 

Świerzyński wraz z Arkiem Kamińskim, Jackiem Łyzińskim i Tomkiem Rudzińskim zakładają zespół, którego początki były niezwykle trudne. Zważywszy, że pierwszy album zespół wydaje dopiero w 1992r., lata 80 – te to trudny okres. Inspiracja zespołem The Beatles zdecydowanie pchnęła ich do działania, choć piosenki nie zawsze były najlepsze. Sławek Świerzyński: A czego tu się wstydzić? Że utwory są melodyjne, że o miłości, że łatwo wpadają w ucho? 

Dopiero wydany w 1992r. album Blondyneczka udowadnia mocną pozycję kompozytorską lidera i spółki. Utwory o silnych i zwartych akordach, zdecydowanych melodiach, liczne kontrapunkty. W mediach pojawiły się doniesienia, że płyta niemalże antycypuje późniejsze nagrania indie rocka, a w szczególności (co możemy stwierdzić teraz) chillwave’u. Płyta stawia zespół Bayer Full na równi z wielkimi albumami rodzimego rocka, mimo że stylistycznie zbliża się raczej ku zimnej fali, a nawet eksperymentom Sonic Youth czy Swans. Największe wrażenie robi w mediach utwór Moja Muzyka, piosenka napisana pod wpływem tekstów o muzyce Johna Cage’a i jego eksperymentów z ciszą. Poszerzenie granic estetyki utworu, muzyczne tu i teraz, percepcja dźwięków, nasilenie bodźców emocjonalnych odwrotnie proporcjonalne do głośności dźwięków – takie myśli przyświecały Sławkowi podczas tworzenia hitu.

Widzę ją kiedy oczy zamykam, słyszę ją kiedy cisza trwa.
Bo to jest taka moja muzyka, co im ciszej, tym ładniej mi gra.

Piosenka zawojowała cały kraj, od wyznawców awangardy, po fanów komercyjnych rozgłośni. Pierwsza złota płyta dla zespołu. Od tamtego czasu pojawiają się zgrzyty personalne. Przez zespół przewinęło się wielu instrumentalistów, jednak silne ramię lidera pcha Bayer Full wciąż do przodu.

Legendarne są już sławne chyba na cały świat dyskusje fanów na temat inspiracji narkotykowych w różnych piosenkach. Majteczki w kropeczki jako sugestia halucynacji wywołanych grzybami halucynogennymi i niemośność skupienia uwagi na bieliźnie, Krajobrazy będący nawiązaniem do flimu Easy Rider czy tak znane utwory jak Wszyscy Polacy czy Polski duch jako egzemplifikacja narodowych skłonności alkoholowych.

Zespół Bayer Full stworzył podwaliny pod polski rynek muzyki awangardowej, wywarzył drzwi dla całej kontrkultury lat 80 – tych, a o jego wielkości niech świadczy fakt, że 67 milionów płyt, które wytłoczono w Chinach sprzedało się na pniu w ciągu kilku pierwszych dni sprzedaży. Każdy chiński egzemplarz płyty zespołu jest teraz białym krukiem z racji na swoją niedostępność.

Tak oto zaczęła się wielka przygoda czterech facetów z piosenką. Było wesoło, ale nie zawsze świeciło nam słońce. Długo by opowiadać o naszych koncertach i nagraniach.

 

Tak opowiada lider i wypada mu uwierzyć. Lata 80 – te to nie sielanka i muzyka była wtedy ostra i dzika, czego najlepszym przykładem nagrania Bayer Full. Mimo, że karierę płytową rozpoczęli w latach 90 – tych, to jednak szlify zdobywali w twardych latach 80 – tych. Czterech twardych facetów grających twardą, szorstką, bezkompromisową muzykę. Plus jedna babka, ale ona dołączyła później. Takie są biografie wielkich reformatorów.

Published in: on Maj 23, 2012 at 10:34 pm  Komentarze (15)  

Ludzka stonoga

Ostatnio natknąłem się na info o filmie Ludzka Stonoga. Film to jakieś kompletne wariactwo. Nie oglądałem, ale nie odmówiłem sobie zgłębienia treści. Fabuła jest o tym, jak dwie amerykańskie dziewuchy podróżują po Europie. No i w Niemczech psuje im się samochód, więc idą przez las i dochodzą do jakiejś chałupy. Okzauje się, że tam mieszka jakiś niemiecki doktorek, którego fantazją jest zrobienie ludzkiej stonogi. Oto chce on połączyć 3 osoby za pomocą mocnych szwów metodą usta – tyłek. W ten sposób tworzy jeden układ pokarmowy. Oczywiście najbardziej przerąbane mają osoby druga i trzecia w tej stonodze, bo hmm… wiadomo. Pech chciał, że akurat te miejsca doktorek zarezerwował dla dwóch amerykańskich dziewczyn. Pierwszy jest Japończyk. Doktorkowi eksperyment się udaje, nawet uczy stonogę aportować i takich tam sztuczek. W pewnym momencie Japończyk nie wytrzymuje, fizjologia bierze górę. Taki film, serio.

 
Nie mogłem uwierzyć, że takie filmy się w ogóle kręci, a już że ktoś tam chce grać, szczególnie pozycje drugą i trzecią, to dość dziwne. Ale grają dziewczyny. I jeszcze przeczytałem sobie z nimi strzępki wywiadów, a tam takie kwiatki.
 
It’s really cool, I think, to be able to say, “Yeah, I was a part of The Human Centipede,” even if I don’t do anything else for the rest of my life.
 
Ashlynn Yannie
http://www.complex.com/pop-culture/2012/02/interview-ashlynn-yennie-the-human-centipede-2/page/2
 
 
We would get deep into conversation to pass the time, and mostly i would want to talk about things that would get my mind off of the crazy emotional turmoil I had to go through as Lindsay. It was very hard to get out of that mind set after we would shoot certain scenes. . . so i would go to sleep to not think about it, or take a walk, or read a funny book. . . but we did have some laughs and a great chef on set! good food is the best, when you’re emotionally and physically drained.
 
Ashley C. Williams
http://horrornews.net/17137/interview-ashley-c-williams-the-human-centipede/
 
 
 W dolnym rzędzie pierwsza od lewej – Ashlyn Yannie, druga od lewej – Ashley C. Williams
Published in: on Maj 17, 2012 at 11:45 am  Komentarze (8)  

Projekt Recenzja: Protest The Hero – Fortress

Drogi Bojadżijewie!

Z pewną dozą niepewności czekałem na Twoją propozycję. Po zaznajomieniu się z Twoim wyborem do recenzji, moja niepewność zniknęła, wszakże było mi dane spotkać się z jednym czy dwoma utworami Protest The Hero. Niepewność jednak zamieniła się w lekki lęk, ponieważ ostatnimi czasy me usposobienie jakby łagodniejsze, a tu na łagodność liczyć nie mogłem. Ba! Zwykłe piosenkowe podziały mogłem chwilowo odstawić na półkę i zacząć liczyć inaczej, metrum także. Już na samym początku kanadyjscy młodzieńcy atakują mnie galopującym riffem, którego intensywność jest porażająca. Chwilami kojarzyło mi się to rwanie z nagraniami jakże zacnej drużyny Neuma. Co ciekawe, chłopcy wprowadzili znaczne złagodzenie kompozycji w miarę jej trwania, jednakże ku memu zdziwieniu zadziałało to raczej na jej niekorzyść. Z każdym utworem pojawiają się coraz to nowe galopady gitarowe, zastanawia jedynie ten heavymetalowo brzmiący wokal. Szczęście, że równie często wokal harczy, growluje. Zadziwiająco także prezentuje się w tym kontekście dość crimsonowska końcówka Palms Read. Wskazuje to zdecydowanie na umięjętności techniczne młodzianów z Kanady. W ogóle cała płyta jest dość “progresywna”. Nie patrząc na listę utworów łatwo się zgubić, ponieważ jeden przechodzi w drugi bez wyraźnej granicy i cała płyta stanowi dość zręczna całość. Muszę jeszcze wspomnieć o dziwacznych dźwiękach w Limb from Limb

Po klilkukrotnym przesłuchaniu albumu zlewa mi się on w całość i nie jestem w stanie z pamięci wymienić żadnego utworu. Zespół żongluje tematami, bawi się technicznie. Jako całość stanowi to ciekawy cukierek dla wielbicieli takiego stylu, dla mnie to niestety orzech, dość twardy do zgryzienia. Wiesz dobrze, Bojadżijewie drogi, że w moich uszach coraz częściej goszczą dźwięki z zupełnie innej półki i zbyt duża doza technicznego i matematycznego grania, w obrębie gatunku muzyki metalowej, nawet jeśli łagodzona jest dość lekkim i znośnym śpiewem tu i ówdzie, to dość dużo. Wysłuchałem, jednakże o przyjemności decydowały króciutkie fragmenty pochowane tam i siam, ukryte w plątaninie ciężkich, połamanych riffów. Cóż więcej mogę dodać? Tylko tyle, że z całym szacunkiem dla Twojej zacnej osoby, jednak nie będę do tego albumu wracał. Zbyt trudne to dla mnie.

Very truly yours
Dawrweszte

Ocena: 3/5

Recenzja Bojadżijewa
Recenzja Wmichaela 

Published in: on Maj 13, 2012 at 9:09 pm  Komentarze (3)  

Odpust 2012

Ciekawe reakcje wywołał wybór polskiej piosenki na Euro 2012. Słyszałem pół tego utworu, więcej nie dam rady. Ale nie w tym rzecz. Z tego co wiem, wybór odbywał się za pomocą smsów, a rywalizacja była pełna faworytów. Słyszałem, że na pokonanym polu pozostał nawet zespół Feel. Zgroza. Aż boję się zaglądać kto tam jeszcze brał udział.
 
A ja jak zwykle nie mogę zrozumieć o co tu chodzi. Niby to oficjalna piosenka, ale właściwie że co? Że będą baby śpiewać przed meczami? Że hymn będą śpiewać czy te swoje koko? Być może gdybym obejrzał galę, to bym zrozumiał, a tak błądzę. I jak zwykle mam ubaw, bo wydaje mi się, że te smsowe głosy to trochę po złości na te babki zostały wysłane. W moim mniemaniu to Feel czy to koko jest na tym samym poziomie estetycznym, więc żadnej różnicy mi nie robi. Kiedyś lubowałem się w oglądaniu tego śpiewania, konkursów eurowizji i takich tam dupereli, teraz zwyczajnie nie mam czasu.
 
I nie moge zrozumieć o co halo z prostego powodu. Przecież wyścigi tych wszystkich pragnących chwilowego blasku celebrytów lub pretendentów na celebrytów kończą się i tak marudzeniem tych, których to obchodzi. W przypadku Eurowizji jest rok w rok to samo. Najpierw artykuliki, że słaba Eurowizja, że to shit i w ogóle. Potem, że ta nasza kandydatura to słabą muzykę prezentuje, a przecież Abba itd. Potem, że znowu słabo, ale Eurowizja to kicz itp. To po cholerę to przerabiać? Wysłać Bayer Full i szlus.
 
Naprawdę nieprawdopodobne są te igrzyska o nazwie Euro 2012. Tutaj koko, tutaj, że koko nie spoko, tutaj baloniki, kapelusiki, trąbki, piórka i biało czerwone szczypy, a z drugiej strony pewnie patriotyczne manifestacje, też w kolorystyce biało czerwonej z matką boską na transparencie, bo przecież bojkot. Zajebiście. Normalnie folwark pełną gębą. Kapiszony, korki, szczypy i msza święta. A później wóda, kiełbacha i w ryj. A na koniec Tomaszewski powie, że to wszystko i tak chuj.
Published in: on Maj 10, 2012 at 8:19 am  Komentarze (7)  
Tags: ,

Brian Jonestown Massacre

wydali nowy album. Aufheben. Album to trochę powrót do korzeni czyli tacy Stonesi na kwasie, bo na ostatnich kilku płytach poszli trochę w awangardę momentami nawet z elementami dysko. Brian to w ogóle ciekawa kapela, bo sama nazwa to już niezła prowokacja, od Briana Jonesa i masakry w niejakiej miejscowości Jonestown, gdzie 900 ludzi popełniło samobójstwo. Odsyłam do wiki. Sam lider, czyli Anton Newcombe jara się twórczością Charlesa Mansona, co oczywiście też musi budzić odrazę wśród przyzwoitych ludzi, ale na pewno nie taką odrazę jak film Ludzka stonoga, który z zespołem Brian Jonestown Massacre nie ma nic, ale to absolutnie nic wspólnego, ale dawno na tym blogu nie pisałem bzdur.

Do kapeli powrócił wieloletni gitarzysta Matt Hollywood, więc stąd ten powrót do korzeni. Jeszcze żadnymi wrażeniami się nie podzielę, odnotowuję tylko fakt. Ot tak.

 

Published in: on Maj 7, 2012 at 9:09 pm  Dodaj komentarz  

Projekt Recenzja: Mike Watt – Hyphenated-Man

Album, który wybrałem na tę edycję Projektu, to płyta, której wcześniej nie słyszałem. Pierwszy raz tak zrobiłem, bo zawsze dobierałem pozycje, które już mi były znane. Na zasadzie patrzcie co wam tu zapodaję. Tym razem odwrotnie, trochę z nudów, a trochę z premedytcją, bo Mike’a Watta solo nie znałem za dobrze. Paręnaście lat temu słyszałem jego Ball-Hog or Tugboat? z mnóstwem gości, ale to by było na tyle. No i Minutemen… Ach…

Kiedyś śniło mi się, że byłem świadkiem nagrywania teledysku. Kamerzysta kręci kapelę, a ta stoi centralnie przed jakimś klasycznym polskim blokiem. Tą kapelą byli Minutemen. Zaczynają grać. Wokalista nie wytrzymuje i zaczyna biec wkoło bloku. Kamerzysta nie bardzo wie co robić, więc biegnie za wokalistą. W tle cały czas słychać jak kapela gra, ale wokalista biegnie jakby szybciej od kamerzysty. W końcu znika mu z oczu, kamerzysta trochę zdziwiony, ale biegnie dalej wokół tego bloku. No i nagle słyszymy, że wokalista zaczyna śpiewać. A kamerzysta wciąż nie widzi zespołu, bo jeszcze do kapeli nie dobiegł. A jak już dobiegł, to Minutemen skończyli grać. Taki sen miałem.

I teraz mamy album Hyphenated-Man ze średnią półtorej minuty na kawałek, a kawałków trzydzieści. Płyta inspirowana obrazem Boscha itd, ale nie chcę mi się w to wnikać. Bardziej podoba mi się to, jak sam Watt określił ten album, że to po prostu jak odbicie w lustrze roztrzaskanym na 30 kawałków.

Najwyższy czas napisać coś o muzyce. Mi się zawsze podobało podejście takie jak Minutemen. Krótko, zwięźle, niemalże w ryj. I tu mamy tak samo, bo Watt ściśle do tej formuły nawiązuje. Nie ma silenia na zmienianie motywów, choć to wszystko w ramach tak krótkiej formy i tak jest dość porąbane. To są takie krótkie tematy, rozwinięte o tyle o ile, takie klasyczne hooki. Sporo tu takiego jazz corowego grania (Belly Stabbed Man), momentami spod znaku No Means No. Oczywiście nazwa Primus też musi paść (Break-Holding-Letter-Man). Niektóre kawałki wręcz sprawiają podryg nóżki, niektóre sprawiają wrażenie wciśniętych na siłę. Poza tym wokal Mike’a jest bardzo przyjemny. W kwestii muzycznej słychać trochę starej szkoły amerykańskiego hardcore’a (lata 80-te czyli cała I fala), te krótkie strzały, tyle, że tutaj mamy do czynienia raczej z ekspertami w dziedzinie kreowania dźwięków. To już nie czasy, że w takiej formie można sobie pograć grać nie umiejąc. Bardzo przyjemna rzecz ujęła mnie, ale gdyby trwała o połowę krócej, tak z pół godziny, to by po prostu urywała łeb, a tak jednak jest dobrze, ale trochę przynudza, szczerze mówiąc.

Ocena: 4/5

Recenzja Bojadżijewa

Recenzja Wmichaela

Published in: on Kwiecień 29, 2012 at 7:52 pm  Dodaj komentarz  

Robert, idź do łóżka!

Robert Grey to bębniarz Wire. Wire to jest zajebista kapela, która mnie po prostu rozkłada na łopatki. Chłopaki swoim debiutem postawili na bezkompromisowość, nagrali swoją Pink Flag w 1977 i od razu zostali wrzuceni do punka, ale takie były czasy. Mi to nie przeszkadza. Grunt, że oni ten punk to właściwie trochę przedefiniowali. Bo punk miał w sumie jakąś formę, a tu nagle kapela, która gra krótko, bez repetycji refrenów, po prostu zwrotka refren i finito, do tego równo, czysto, rytmicznie, a grać nie umiał nikt. No i bębniarz Robert Grey jak poznał wokalistę Wire (wtedy jeszcze nie było Wire), to mu tłumaczył, że nie umiał grac na garach, ale Colin się uparł, żeby Robert grał na garach. No to co było robić. Robert zaczął grac na garach i przyjął ksywkę Robert Gotobed. Nie mam pojęcia dlaczego.

Published in: on Kwiecień 27, 2012 at 9:46 pm  Dodaj komentarz  

fajna biografia

Ten blog powoli zaczyna zmieniać się w cykl recenzencki, co mnie trochę uwiera, ale cóż począć. Sam sobie to żem uczynił. Żeby trochę odetchnąć od recenzji płyt, napiszę, że to:

jest naprawdę świetna książka. Trochę cegła, ale czyta się wybornie. Jobs był w sumie niezłym świrem, na pewno miał w dupie co kto sobie o nim pomyśli, to się zawsze fajnie czyta o takich gościach. Ale jedno mnie w tej książce uwiera. Jak ogólnie historia całej branży komputerowej, który rozgrywa się w tle, to bardzo ciekawa sprawa, tak zjawisko internetu w tej biografii jakoś tak nie jest w ogóle ujęte. Dziwi mnie trochę, bo wygląda na to, że Jobs starał się jak mógł, żeby zmieniać ten świat, a ten internet, to najpierw go nie było – i to było normalne, a potem już sobie po prostu był – i to też było normalne. To już większy nacisk jest położony choćby na jobsowe golfy i dżinsy. Dziwne. Ale książka naprawdę świetna.

Published in: on Kwiecień 26, 2012 at 2:44 pm  Komentarze (12)  

Projekt Recenzja: Mars Volta – Noctourniquet

Z Mars Volta pierwszy raz zetknąłem się przy debiutanckiej płycie. Czasy panoszącego się wszędzie Indie rocka, a chłopaki wyskakują ze swoją matematycznie pokomplikowaną muzą. Z płyty na płytę było coraz bardziej pogmatwanie. Nie będę się bawił w wyliczanie dyskografii, co i jak, kiedy, bo od tego jest Wiki. Ja się Marsem zacząłem nudzić proporcjonalnie do sposobu gitarowego koplikowania swoich utworów. Taki mój urok, progresywność mnie odpycha.

No i Wmichael zadał Noctourniquet. Singiel The Maling Jewel brzmiał bardzo zachęcająco, bo nagle okazało się, że Mars Volta trochę próbują odświeżyć formułę. Brzmienie stylizowane na lata 60 – te, przynajmniej ja tak to słyszę, ale przede wszystkim równy kawałek! Mało tego, Bixler-Zavala brzmi tam niemalże jak Jack White. Nieprawdopodobne, a jednak.

Im dalej w płytę, tym częściej drapałem się po głowie. Omar i Cedric w niektórych kawałkach (Aegis) brzmią prawie jak Radiohead. Mam wrażenie, że tą płytę chcieli złapać trochę oddechu. Bo łamańców tutaj dużo mniej, owszem, bębniarz tu i tam próbuje zwalniać, przyspieszać, ale wszystko w klamrę spina Cedric swoim wokalem. Spina to wszystko w piosenki. Na tym albumie nie ma wymiatania z gitarą, magicznych solówek, gitarowo – perkusyjnych łamańców. To wszystko oscyluje wokół piosenkowej formy. Hitów raczej brak, ale wszystko gwarantuje równy poziom na całości albumu.

I przede wszystkim elektronika. Mnóstwo jej.To właśnie elektroniczne brzmienie odgrywa na tej płycie główną rolę. Wszystkie utwory obudowane są elektroniką, aż od niej puchną, ale uwierzcie mi, że dodaje to płycie mnóstwo energii i świeżości. Dla mnie bomba, bo ja uwielbiam.

Kiedy słuchałem tej płyty pierwsze 3 razy, miałem ochotę dać maksymalną ocenę. Z czasem, z każdym kolejnym przesłuchaniem zauważałem, że jednak maleje ona w moich oczach. Po prostu trochę się znudziła, ale przyznam, że słuchałem jej już mnóstwo razy. Stąd wniosek, że ta płyta sprawdza się fantastycznie przy pierwszych zetknięciach, potem te kawałki powszednieją, bo chyba dość szybko można te dźwięki ogarnąć. Ale obcując z tym albumem bawiłem się dobrze i przypomniałem sobie jak bardzo lubię Mars Voltę. Bo zawsze mi się ich dokonania podobały, trochę tylko mnie przytłumiali formą. Tutaj próbowali ją odświeżyć i udało im się znakomicie.

Ocena: 4/5

Recenzja Wmichaela
Recenzja Bojadżijewa

Published in: on Kwiecień 15, 2012 at 7:24 pm  Komentarze (2)  

Kapela Ze Wsi Warszawa

Kapelę zawsze lubiłem. To jest taki rodzaj folku, który mi niesłychanie odpowiada. Zaczynałem od Wykorzenienia, potem dotarłem do reszty. Najbardziej znudziło mnie Wymixowanie, ale to właściwie taka ciekawostka, remixy.

Wcześniejsze Infinity męczyłem długo. Odpowiadało mi tam wszystko. Wokale, muzyka, rewelacyjne duety z  Janem Trebunią – Tutką czy Natalią Przybysz. Cały koncept kręcący się wokół polskiej wsi i cała reszta. Płytę zmęczyłem niemożebnie. Próbowałem z innymi folkowymi rzeczami, jakieś Żywiołaki itd., ale Kapela zawsze uwodzi mnie na całego.

No i teraz mam Nord. Z Kapeli odeszli Maja Kleszcz i Wojtek Krzak, w dużej mierze odpowiadający za materiał na Infinity. Oboje chyba tymczasowo, tak przynajmniej wywnioskowałem na stronie Kapeli. Założyli sobie swoje Incarnations i próbują w muzyce nie folkowej. Pewnie wrócą, bo o ile się nie mylę, są teraz parą i wzięli po prostu urlop. Kapela koncertuje mnóstwo, szczególnie za granicą, a to nie sprzyja domowemu ognisku. Ich absencję słychać na Nord. Zespół pozbawiony głównego głosu i głównego twórcy melodii poszedł w inną stronę. Zainspirowali się skandynawskim folkiem, w ogóle północą. Płyta ma inną budowę niż wcześniejsze, to słychać. Głównie za sprawą konstrukcji utworów. Najpierw trochę śpiewu, panie chórkiem, a potem melodia pnie się i pnie. Są trąbki, są skrzypce, jest ewidentnie północny klimat.

Nie będę wymieniał kto na płycie gra, z czystego lenistwa, wspomnę tylko Hendningarnę, Sandy Scofield, jest paru innych Skandynawów. W mój gust ta płyta trafia idealnie. Nie ma tu wypieszczonych hitów, które ciągną całą płytę, nie ma tu melodii, które zostają w głowie na długo po pierwszym przesłuchaniu, jest za to fantastyczne granie, które zasługuje na uwagę, bo to nie jest album, który chwyta od razu. Dla mnie to takie transowe, hipnotyczne granie, w którym fajnie się zanurzyć od początku do końca. Na wcześniejszych albumach często włączałem sobie pojedyncze utwory. Tutaj leci całość i nie lubię przerywać. Fajnie, że Kapela jest zespołem, który wyznacza sobie jakiś koncept, cel i tego się trzyma. A mi w to graj.

Published in: on Kwiecień 9, 2012 at 7:59 pm  Komentarze (9)  
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.